Autor: Mary Donellan
Źródło: One Peter Five

Dni są coraz ciemniejsze i jestem zła.

Tak, zła, wraz z wieloma innymi ludźmi, którzy obserwują z rosnącym bólem i zmieszaniem, to co się dzieje z naszym Kościołem dużo bardziej od wewnątrz, niż od zewnątrz. Jednak mój gniew nie jest gorzką, popadającą w rozpacz złością; jest to raczej gorliwy i niepohamowany Gniew, który pulsuje gorącem na mojej skórze. Być może, w mniejszej skali, jest to niedoskonała wersja tego, co uważam za „gniew Michała Archanioła”: święty gniew, który przeradza się w Niebie w wzburzony krzyk wylewający się na pęknięcia brzydoty i rozpoczynający kosmiczną bitwę, która wciąż się jeszcze toczy. Któż jak Bóg?

Należy przyjąć do wiadomości tę prawdę, którą zacytować można za katolickim bestsellerem Michaela D. O’Brien’a, „Ojcem Eliaszem”: Kościół krwawi z wielu ran. Ci z nas, którzy cenią i przylegają do naszej wiary katolickiej w jej najbardziej tradycyjnych, czcigodnych i prawowiernych (ale atakowanych i osłabionych) formach – krótko mówiąc, ci z nas, którzy czczą Nadzwyczajną Formę Mszy św. i którzy starają się żyć w tym szacunku w codziennych realiach – w praktyce napotykają dużo częściej i łatwiej na rany broczące ciemną krwią, niż na niewielkie skrawki żywej i zdrowej skóry, promieniującej światłem i prawdą.

Te rany są liczne i poważne. Są to rany kilkudziesięciu lat nadużyć liturgicznych i dalszego niszczenia tradycji. Są to rany, które kolektywnie odwróciły nasze serca od znajdującego się ponad nami Najwyższego Dobra (ad orientem) i skierowały w dół, do wewnątrz siebie (versus populum); są to rany spowodowane porzuceniem ducha respektu i zatarcia siebie w kulcie i zastąpienia tego swojskością i uprawnieniami. Są to rany modernizmu, materializmu i liberalizmu; są to rany wymodelowania Chrystusa jako ciepłej fantastyki, która funkcjonuje wyłącznie jako nasz przyjaciel i tolerancyjny, inkluzywny przebaczający (niezależnie od naszego stylu życia), jednocześnie zapominając że jest także naszym Królem, naszym Najwyższym Kapłanem, naszym Sprawiedliwym Sędzią i naszym Wszechmogącym Bogiem, którego aniołowie adorują leżąc twarzą ku ziemi. Są to rany lekceważenia Maryi jako naszej suwerennej Królowej i bezgrzesznej Matki. Są to rany dumy, kompromisowości i samolubstwa, bycia oszukanym przez własną głupotę. Są to rany spowodowane przez wielu członków Kościoła, zarówno duchownych, jak i świeckich, którzy zapomnieli – albo chcą zapomnieć – kim naprawdę są i czym Kościół naprawdę jest.

Są to rany Kościoła jęczącego pod bestialskim i bezprecedensowym atakiem.

Teraz, kiedy już skonfrontowaliśmy się z tymi ponurymi realiami, łatwo byłoby obrócić to w cykl pocieszających zwrotów, mówiących o tym że Kościół zawsze był atakowany, albo że każde pokolenie wierzy w to, że to ich czasy są najgorsze, albo po prostu zacytować Mt 16,18, gdzie Chrystus zapewnia „Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą”. I mogłabym tak beztrosko rozumować, dlaczego mam się martwić? Bez względu na to co się dzieje, kto upadnie, Kościół nie upadnie, ponieważ Chrystus obiecał. Nie trzeba się denerwować, ani wpadać w panikę. Czekajcie, gdzie ja schowałam tę tabliczkę czekolady…

Tak, Chrystus obiecał. Tak, Szatanowi i jego demonom nigdy nie uda się zniszczyć Kościoła, Ciała Chrystusa. W innym wypadku każdy katolik musiałby popaść w rozpacz, przełamać swój miecz na dwie części i odejść z pola walki, zanim walka by się skończyła. Kościół jest wciąż Jego Kościołem: jednym, świętym, katolickim i apostolskim. Nieważne jak poobijana i niewierna, ona nigdy nie przestanie być Oblubienicą Chrystusa, jej prawdy nigdy nie staną się przestarzałe, a On zgłosi swoje prawo do niej na końcu czasów.

Ale nawet w kontekście Mt 16,18, trzeba powiedzieć o rzeczach, o których Chrystus nie mówił. Nigdy nie powiedział: mój Kościół nie będzie atakowany. Mój Kościół nie będzie okaleczony od wewnątrz. Mój Kościół nie będzie krwawić, nie będzie płakać. Moi Pasterze pozostaną w prawdzie. Moje owce nigdy nie będą musiały zbierać całej swojej siły i odwagi dla Perły, do walki której kosztem będzie wszystko co mają. Ciemność nie będzie nigdy przytłaczająca. Światło będzie zawsze widoczne.

Z powodu tej prawdy, moje pacyfikujące zwroty na rzecz komfortu tracą zupełnie swoje wpływy. Nadszedł czas na walkę. Ten czas na walkę jest już od zarania dziejów, jednak w tej chwili jest on bardziej aktualny, niż kiedykolwiek. Nie jest to czas na to, żeby próbować tylko przetrwać tę burzę, przytulić się do siebie i cicho szeptać, że wszystko się dobrze skończy. Jest to czas aby opuścić zasłonę naszej bitewnej przyłbicy, zacisnąć zęby i biec naprzód tak szybko, jak nigdy wcześniej.

Wszyscy zaniepokojeni katolicy zgodzą się co do tej podstawowej prawdy, że potrzebne jest radykalne zwiększenie naszego udziału w duchowej walce. Ale w kwestii kształtu, jak ma ta wznowiona walka wyglądać, istnieje wiele różnych opinii i sporów. Jest tak wiele ran, że nie wiemy, które miejsce będzie najlepszym do rozpoczęcia zakładania opasek uciskowych. W jakim miejscu rozciągniemy nową linię frontu? Kogo wezwiemy? Papiestwo? Biskupów? Duchownych? Świeckich? Jakiej broni będziemy używać? Gdzie ulokujemy nasze bazy? Czy będziemy formować stowarzyszenia, pisać teksty, tworzyć ruchy? Nasze głowy są przepełnione kakofonią i ważnością tego, co musimy zrobić, a tymczasem, wokół nas, niezliczeni inni idą uśmiechając się i mówiąc o Kościele jako o rozwijającym się i postępującym, który codziennie staje się bardziej przyjazny i inkluzywny dla „marginalizowanych”, szerząc „współczucie i miłosierdzie” Chrystusa dla tych, którzy są w „trudnych sytuacjach”. A następnie oskarżają nas o radykalizm, tradycjonalizm i osądzanie.

Po pierwsze, mówię im donośne tak. Tak, jesteśmy i zawsze powinniśmy być radykalni – radykalni dla Chrystusa, radykalni dla prawdy, radykalni dla stawiającego do pionu życia moralnego, które zawiera znacznie mniej szarych stref i wyjątków, niż współczesne społeczeństwo każe nam myśleć. Tak, powinniśmy być zawsze osądzający, dostrzegając i osądzając zewnętrznie grzech (choć nie do wewnątrz osoby), jak zrobilibyśmy z trucizną, wyprowadzając ją na zewnątrz duszy ze względu na naglącą miłość, dokonując korekty dla dobra dusz, które pozostają w błędzie. I tak, powinniśmy pozostać na zawsze tradycjonalistami, powinniśmy trzymać się droższej i bardziej świętej od całego dobytku naszych ojców – naszej liturgii, naszych tradycji i naszych modlitw. To wszystko sprawiło, że nasz Kościół był rozświetlony swoim pięknem, czcią i splendorem przez ponad tysiąc lat i który wyraźnie przypominał nam kim jest Bóg i zarazem, kim my nie jesteśmy.

I po drugie, u podstaw tego wszystkiego, co do tej pory opisałam, chciałabym zaprezentować broń do walki duchowej, która pozostaje raczej zapomniana. W rzeczywistości, stopniowo odkrywałam jej moc poprzez modlitwę i doświadczenie. Jest niezwykle groźna, gdyż jest niewielka, jak mały sztylet, który potrafi przebić się przez wrażliwe miejsca, pozostające w innym wypadku niemożliwą do przebicia zbroją. Jest groźna z racji swojej liczebności i posiadania niesamowitej mocy. Jest wspólna, ale jednocześnie niepowtarzalna; zwyczajna, a zarazem najświętsza i najpotężniejsza z broni tej duchowej walki, ale tylko wtedy kiedy jest naostrzona, utrzymana w gotowości i używana regularnie.

Nazywa się Ecclesia domestica, albo raczej, kościołem domowym.

Kościół domowy, jak mocno wierzę, jest tam gdzie walka będzie wygrana. W tym miejscu, kosmiczna i duchowa rzeczywistość jest poddana destylacji w dół, do pojedynczej komórki: rodziny. Każdy papież, biskup, duchowny i zakonnik wyrósł z kościoła domowego; oni są bezpośrednim produktem ostrości, albo jej braku, tego duchowego sztyletu. I to właśnie od naszych kościołów domowych jedynie zależy, czy nasi następni papieże, nasi następni biskupi, księża, zakonnicy i świeccy wyłonią się dla świata na lepsze, albo na gorsze.

Możemy starać się korygować, ukrócać i wyburzać znajdujące się ponad nami skorumpowanie, tak rozpaczliwie i gorliwie, jak nigdy, ale jeśli sam korzeń jest gnijący, jak bardzo możemy być skuteczni? W kościele domowym pozwolono nam zejść do podziemia; dano nam małą odnogę tego korzenia jako naszą broń. Jest ona codziennie w naszym zasięgu i nieustannie pod naszym wpływem, a od niej, śmierć albo życie duchowe może się rozprzestrzeniać do innych odnóg korzenia, aby ostatecznie spiętrzyć się przez korzeń, pień, aż do całego drzewa, którym jest Kościół.

Czy możemy sobie wyobrazić potencjalną wielkość wpływu na nasz krwawiący Kościół, jeśli wiele tysięcy tych podziemnych odnóg rozkwitnie do życia i zacznie wylewać się na korzeń modlitwą, pokutą, zasługami i łaską? Co jeśli tych tysiące sztyletów zostanie naostrzonych i pogrąży się w szczelinach zbroi naszego Wroga – tego samego Wroga, który szerzy skorumpowanie od wewnątrz naszego Kościoła, zarówno wśród hierarchów, jak i świeckich?

Co jeśli wiele tysięcy kościołów domowych zapłonie od intensywnej modlitwy i pokuty, prawowiernego sposobu oddawania czci i wertykalnego, czystego i radosnego życia? Co się wtedy stanie?

Rany zaczną się leczyć.

Więc jak naostrzyć nóż, który jest naszym kościołem domowym? Jak zacząć przywracać u korzeni nasz Kościół, własnymi, małymi odnogami?

Odpowiedź jest prosta, a jednak stanowi wyzwanie. Zaangażuje całe nasze siły, jednak przez nią, Chrystus obdarzy nas siłą jeszcze większą. Odpowiedź? Stajemy się tym, kim powinniśmy być. Poprzez małe, ale odważne kroki, stajemy się autentycznymi, solidnymi i wyrazistymi katolickimi rodzinami. Zmieniamy nasze domy, nasze domowe kościoły w miejsca, w których dążenie do świętości jest zarówno oczekiwane, jak i możliwe. Otwieramy się na życie i zachowujemy święte przymierze małżeńskie, trwale i owocnie. Z miłością i karnością, uczymy nasze dzieci drogi, którą powinny kroczyć, aby zdać sobie przy okazji sprawę że mają one o wiele większą zdolność zrozumienia i otwarcia się na prawdy wiary, niż początkowo moglibyśmy zakładać. Błogosławimy sobie nawzajem znacząc na noc swoje czoła wodą święconą. Nosimy szkaplerze i używamy obrazków pobożnościowych jako zakładek.

Co tydzień korzystamy z sakramentu Spowiedzi św. i Eucharystii, a nawet częściej. Kultywujemy cnotę w naszych domach poprzez cierpliwość i przykład. Gorliwie bronimy liturgii i uczestniczymy we Mszy św. wszędzie tam, gdzie jest odprawiana w sposób pobożny, z szacunkiem, a jeśli jest to możliwe, ad orientem, aby przypomnieć sobie kim jest Bóg, a kim my nie jesteśmy. Cenimy sobie i poznajemy Nadzwyczajną Formę Mszy św., nawet jeśli nie jesteśmy w stanie na nią dotrzeć. Namawiamy naszych synów do służby przed ołtarzem i nasze córki do okrycia swoich głów w czasie trwania Mszy św. z szacunku i wdzięczności dla ich kobiecości. Śpiewany stare, tradycyjne hymny, którymi czcimy Trójcę zamiast różnorodności i pochylamy nasze głowy słysząc wymawiane imię Jezusa albo Maryi. Nazywamy nasze dzieci imionami świętych. Wiążemy się, jemy i modlimy się z innymi rodzinami, które starają się, tak jak my się staramy. Zachęcamy się do tego nawzajem.

Stajemy się rodzinami, które modlą się codziennie różańcem, które modlą się często po łacinie i na kolanach. Stajemy się rodzinami, które ze względu na pokutę, poszczą częściej niż dwa razy w roku i zachowują wstrzemięźliwość od pokarmów w piątki nawet wtedy, gdy nie jest to wymagane obowiązującym prawem kanonicznym – niezliczeni inni robili tak przed nami i wyszło im to na dobre. Przywracamy Suche Dni. Czytamy razem o świętych, eksponujemy święte obrazy, krzyże, ikony i czynimy nasze domy miejscem pobłogosławionym przez kapłana. Śmiejemy się i kochamy. Przyjmuje nasze role: mężów, żon, ojców, matek, córek, synów i rodzeństwa jako dary od Boga dla własnego uświęcenia, a przez to, całego świata. Błagamy o nawrócenie dla świata, społeczeństwa i tych, którzy zadają rany naszemu ukochanemu Kościołowi. Wychowujemy nasze dzieci, tak żeby oddać Bogu pierwszeństwo w wyborze ich powołania i nie boimy się pozwolić im wyjść na żniwa, jeśli są do tego wezwani. Kochamy Chrystusa bardziej niż samo życie. Kochamy Go aż do momentu śmierci.

Nie robimy tego wszystkiego z postawą posępności albo zarozumiałości, ale z duchem autentycznej radości i wdzięczności, w głębokiej miłości i adoracji wobec Najświętszej Trójcy. Wylewamy nasze życia jako libację [ofiara składana w formie wylewania na ziemię cennych płynów – przyp. tłum], oddajemy je, nie licząc się z kosztami. Jeśli staniemy się tym, kim powinniśmy być, nasze domowe kościoły odrodzą się do życia, a sztylet będzie ostry i pozostający w nieustannym starciu.

Dzisiaj, w tej właśnie chwili, wszyscy otrzymali na nowo szansę i misję naostrzenia broni, którą trzymamy w naszych rękach dla dobra Kościoła. Mamy tę możliwość właśnie teraz, kiedy wszystko wydaje się ciężkie, ciemne i ponure. Musimy wrócić do władania bronią domowego kościoła wiernie i skutecznie, nie możemy się zadowalać przeciętnością. Nasze domy muszą się stać żywe gorliwością dla domu naszego Ojca. W ten właśnie sposób, powoli ale pewnie, zdołamy okroić współczesne zepsucie. W ten właśnie sposób ukształtujemy papieża, duchowieństwo i laikat następnych generacji. Jest to jedna z najpotężniejszych broni, za pomocą których Chrystus pewnego dnia wygra tę bitwę, którą jesteśmy aktualnie ogarnięci.

Tłumaczenie: Piotr Błażejczak

The Domestic Church: Catholicism’s Secret Weapon