Autorzy: Steve Skojec i Hilary White
Źródło: One Peter FiveW obronie tradycji i wiary (tłumaczenie)

Istnieje wiele spraw, które dopiero teraz stają się jasne, a przynajmniej jaśniejsze, aniżeli były uprzednio – jasne dla większej ilości katolików. Napis widniał na ścianie [aluzja do uczty Baltazara red.] zanim się urodziłem, chociaż był on dla większości trudno dostrzegalny. Na początku tego pontyfikatu napis ten został zestawiony z bardzo silnym kontrastem i w ten sposób niknące, prawie niewidoczne barwy fosforyzującej farby zaczęły błyszczeć oświecone ultrafioletowym światłem. Piszę o tych oznakach prawie od początków tego pontyfikatu, nawet zanim poczułem powołanie do założenia tej strony internetowej [onepeterfive.com] oraz podjąłem zadanie [prowadzenia tego blogu], które jest naszym udziałem. Błagałem natarczywie czytelników „weźcie czerwoną pigułkę” i obudźcie się. Jest to obraz zaczerpnięty z filmu Matrix z 1999 roku, który sam posługuje się symbolizmem Lewisa Carrolla z książki Alicja w krainie czarów. Scena i metafora, której używa mówi sama za siebie:

Oto natarczywy pogląd obecny w tym właśnie dziele fikcji [tj. w filmie science-fiction], iż rzeczy nie są tym, na które wyglądają, pogląd wedle którego znajdujemy się w marzeniu sennym, doświadczamy halucynacji, które wydają się realne, ale tak naprawdę zaciemniają rzeczywistość. Obietnica została dana: musimy wziąć jedynie antidotum i przebudzić się, aby ujrzeć rzeczy takimi, jakimi są naprawdę.

W realnym świecie, w Kościele, byliśmy oszukiwani i robiono z nas głupców. Byliśmy karmieni dokładnie odmierzoną iluzją, jak lekarstwem, pewną indoktrynacją quasi normalności, która zaszczepiła nas przeciwko prawdziwemu rozumieniu tego, co zostało rzeczywiście wydzielone przez skórę oraz tego, co się nadal, nawet w tej chwili naprawdę dzieje. Iluzja ta oślepiła nas względem tego, co znajduje się dokładnie przed naszymi oczami. W naszym przypadku nie ma pigułki, nie ma lekarstwa w płynie, jest tylko łaska Boga. Jeżeli szczerze poprosisz Go, byś ujrzał prawdę, On ci ją ukaże.

Jednak gdy już ujrzysz, nie będziesz mógł tego już cofnąć.

Podawaliśmy mnóstwo wiadomości w przeciągu ostatnich kilku tygodni, odkąd Amoris Laetitia zapadła w świadomość katolików jak ostrze siekiery. I chociaż znajomość faktycznych okoliczności [wydania AL], które teraz ukazują się naszym oczom jest ważna, to nie jest ona, jako taka, wystarczająca.

Jak pisałem w maju 2014:

Proszę was. Weźcie czerwoną pigułkę. Przestańcie szukać sposobu, by przekonać siebie, że to, co się dzieje, jest niemożliwe i zacznijcie rozumieć, co to znaczy, jak możemy to przeżyć i jak odbudować.

Nadszedł ponownie czas, by zaoferować czerwoną pigułkę. Nadszedł czas wyjścia z króliczej nory – nory, która sięga dużo głębiej aniżeli wybory papieskie z marca 2013 roku. Mam pewne pomysły, które rozwijam, sprawy, które staram się jak najlepiej wyrazić i mam nadzieję, że wkrótce się nimi z Państwem podzielę.

Do tego czasu, stwierdzić mogę, iż moja przyjaciółka Hilary White napisała dwa ważne eseje. Chociaż przypuszczalnie tego nie podejrzewa, mogą być one najważniejszymi publikacjami, które napisała w swoim długim życiu zawodowym jako pisarka i dziennikarka. Zacytuję ich dosyć długie wyciągi, ale zdecydowanie zachęcam Państwa, byście sami weszli na jej stronę i przeczytali każde zawarte tam słowo. Są tego warte. Są częścią antidotum. Są nieocenioną pomocą w wspinaczce w górę z króliczej nory.

Pierwszy esej zatytułowany jest ”Un-knowing what you know.” („Przyjmij niewiedzę o wiedzy”). Esej ten nie traci czasu, by ukazać wielkie kościelne kłamstwo:

Lata temu, tak mniej więcej około roku 2003, niejako jako osiągnięcie szczytowe lat badań (na temat powołań zakonnych) uświadomiłam sobie, że rozdarcie w Kościele było gorsze niż sugerowali mi ci, których określałam jako „konserwatywnych” katolickich pisarzy. Była to bardzo nieprzyjemna chwila, w której przeszłam do obozu tradycjonalistów i chociaż nie chciałabym wrócić do czasu, kiedy nie wiedziałam, to wiedza ta wiązała się jednak ze sporą ofiarą. Nie jestem tradycjonalistką, ponieważ chciałam nią zostać. Jestem tradycjonalistką, ponieważ nie mogę wymazać z pamięci rzeczy, które teraz wiem.

Zaczęłam od wiary w uproszczoną opowieść konserwatystów. Brzmi ona mniej więcej tak: dawno temu była sobie grupa „liberalnych” duchownych na Soborze i później, którzy usiłowali zawładnąć dokumentami Soboru i kolejnymi wydarzeniami dla swoich własnych celów. Odnieśli w tym spory sukces i rzeczywiście było naprawdę źle aż do lat 1980-tych i 1990-tych, szczególnie za biskupów [mianowanych przez] Pawła VI. Ale następnie „konserwatywny” papież Jan Paweł II pokrzyżował ich plany, przeprowadził „czystkę” w seminariach i mianował (przeważnie) „konserwatywnych” nowych biskupów. Próba uprowadzenia lub przejęcia Barki św. Piotra raczej nie powiodła się i sprawy wróciły pomału do swojego zwykłego biegu w Kościele. Było mnóstwo znaków, że do owego nowego „konserwatywnego” ruchu – szczególnie wśród seminarzystów – należy przyszłość. Nowsze katolickie uczelnie określały się świadomie jako „ex corde ecclesiae” [żyjące sercem Kościoła red.]; parafie i niektóre całe diecezje pozbywały się bębenków i odsyłały gitary na emeryturę, podobnie jak pacynki i balony na mszy… wszystko pomału wracało do normalności.

Brzmiało to fantastycznie. Dobrzy zwyciężają. Problem tkwił jednak w tym, że nie było to prawdą. Fundament „normalności”, to jest „prawowierności” był tak naprawdę fałszywą podłogą. Rzeczywistość Kościoła znajdowała się pod tą fałszywą podłogą będąc olbrzymią budowlą, zagubionym Kościołem, pogrzebanym i prawie zapomnianym, o którym surowo zabroniono mówić. Ponadto owa fałszywa podłoga ruszała się.

Hilary dodaje:

Było to nieuniknione: w Kościele Katolickim istniała i istnieje głęboka szczelina, która rozrosła się do faktycznej schizmy. Wyprodukowana została nowa i fałszywa religia i jak toksyny bakteryjnej infekcji przeniknęła po to, by poddać chorobie ciało, przeniknęła do wewnątrz wszystkich instytucji Kościoła i prawie nikt tego nie zauważył. Ukryta schizma uwiła sobie gniazdo w instytucji Kościoła całkowicie przez nikogo nie korygowana, a działo się tak od zamknięcia Soboru Watykańskiego II. Neomoderniści odnieśli sukces zastępując autentyczne nauczanie Kościoła [swoim nauczaniem] aż do tego stopnia, iż utrzymywanie niektórych prawd wiary i wyznawanie ich na głos było wystarczającym powodem, by zostać wykluczonym z tej „konserwatywnej katolickiej odnowy”. Nowy modernizm faktyczne stał się nowym konserwatyzmem.

 

Trzynaście lat to kawał czasu, a w ciągu ostatnich trzech lat fałszywe kategorie uproszczonego podziału na „konserwatywny lub liberalny“ światopogląd stały się przebrzmiałe.

Ostatecznie sprzeczności [te] stały się dla większości katolików nie do uniknięcia. Ale nie zaczęło się to dopiero od Franciszka. Jan Paweł II przyspieszał długi upadek Kościoła, kiedy zaakceptował ministrantki, a sporo „konserwatystów” w Kościele (z kardynałem Amrozicem z Toronto włącznie), którzy głośno żądali przywrócenia [prawdziwie katolickiej] normy zostali sabotowani przez swojego ukochanego, „konserwatywnego” papieża.

Ten cios zadany precyzyjnie skonstruowanemu image’owi Jana Pawła II jako ikonie „konserwatyzmu” (co zawdzięcza głównie dziwacznej przedśmiertnej kanonizacji ze strony George’a Weigela) był ciężkim orzechem do zgryzienia dla ich [konserwatywnych katolików] całego światopoglądu, którego długo nie mogli pojąć. Przyjęli zatem jedyne możliwe rozwiązanie i po prostu dokonali redefinicji prawowierności tak, by móc włączyć jakąkolwiek teologiczną lub dyscyplinarną nowinkę, którą papież życzyłby sobie wprowadzić. Narodziła się papolatria lub papieski pozytywizm, jak zaczęliśmy to określać. Osoba papieża, danego człowieka, stała się nową prawowiernością, była to jakby pół-boska wyrocznia przynosząca nam albo dawne albo nowe doktryny, zależnie od nastroju, bezpośrednio z ust „Ducha” szepczącego do ucha papieża. „Ministrantki” były w porządku, no w porządku były, a każdy, kto domagał się ich usunięcia był ekstremistą. Reakcjoniści! Łapsi tradsi! Radykalni tradycjonaliści! Schizmatycy! Etc ….

Była jednak jedna rzecz, naprawdę jedna wielka dziedzina przekroju zbiorów, która trzymała „konserwatywnych” katolików po tej samej stronie, po której znajdowali się też „tradsi”.

Powoli fundament, na którym opierali się „neokatolicy” [pokolenie JP2] został tak dalece zniwelowany, iż jedyną warstwą-metryką, którą po sobie pozostawił było nauczanie Kościoła na temat etyki seksualnej. Jak długo papież będzie jej bronił i trzymał ją wysoko – tak głosił ich światopogląd – nie ma żadnego znaczenia ile Koranów jeszcze pocałuje. Te wszystkie inne sprawy są otwarte na dyskusję. Seks, małżeństwo i dzieci są kwestią zasadniczą, linią dna, największym wspólnym mianownikiem. Jednak owa linia dna została narysowana kredą na fałszywej podłodze. A Franciszek zaczął ją wymazywać. Pozycja światopoglądowa „konserwatywnych” katolików była bezpieczna w tej zonie demarkacji, przynajmniej do Amoris Laetitia.

(Ironią losu jest fakt, iż definiowanie prawowierności katolickiej wyłącznie na gruncie nauczania Kościoła na temat moralności seksualnej oznaczało to, iż konserwatywni katolicy przejęli dokładnie orientację mediów mainstreamu, [które głosiły]: w katolicyzmie chodzi głównie o „sprawy miednicy lub podbrzusza”. Ani katolicki neokonserwatysta ani redaktor naczelny NYT [New York Timesa] nie słyszeli nigdy o społecznym panowania Chrystusa Króla. Ta wielka biała plama na mapie i przestrzeń, gdzie niegdyś istniała religia katolicka jest powodem, dla którego apologeci Novus Ordo nadal mówią, że „lubią tradycjonalistów”, ale jedynie wówczas, gdy tamci należą do frakcji osobiście preferującej Mszę Trydencką. Natomiast ci inni, którzy zawsze zaczynają swoje wywody od Sylabusa Błędów, ci nazywani są „radykalnymi katolickim reakcjonistami”, ponieważ oni poważają się rzucić wyzwanie całemu paradygmatowi [zmian posoborowych red.]. Dobrzy tradycjonaliści to tacy, o których mówił papież Franciszek, to taka mitologiczna grupa ludzi, którym przydarzyło się  być “uzależnionymi” od dawnej estetyki. My, Łapsi Tradsi wolimy żyć w całkowicie innym Kościele, w głęboko pogrzebanej ruinie budowli, o której nikomu nie wolno wiedzieć.)

Sporo czasu, sporo lektury, sporo rozmów i rozmyślań, sporo wizyt oraz nauki wymagało zrozumienie tego wszystkiego, ale kiedy to zrozumiałam, poczułam się jakbym została wyciągnięta z Matrixu. Całe uniwersum katolicyzmu nie było tak naprawdę tym, za co je miałam. Uświadomiłam sobie, że nie tylko ja sama musiałam dojść do tej perspektywy, w której wszystkie kawałki układanki tworzą jedną, spójną, chociaż przerażającą całość, ale uświadomiłam sobie także to, że bez tej perspektywy jest rzeczą niemożliwą przekonać kogokolwiek. Jak bowiem wytłumaczyć ludziom, że sprawy stoją dużo gorzej niż mogliby to sobie w swoich najgorszych wyobrażeniach wyobrazić, i co jest dużo ważniejsze, nie widać żadnej poprawy? Uświadomiłam sobie, iż potrzebować będziemy interwencji samego Boga. (Przecież sami widzicie, dokąd to zmierza, prawda?)

Istnieje sporo osób, które przeszły na pozycje tradycjonalistyczne, czyli tradycjonalistów-konwertytów, którzy chętniej nie wiedzieliby o tym, co wiedzą. Jest to cholernie nieprzyjemne i oznacza to także, iż wiele drzwi zamknęło się przede mną, szczególnie drzwi do powołania zakonnego, co jest dla mnie ciężkie do zniesienia. Ale dokładnie to jest punkt, do którego prowadzą dowody. Nie ma żadnej drogi obok. Liczy się jedynie to, co Rzeczywiste, nawet jeżeli oznacza to, że nigdy, nigdy nie osiągniesz tego, na czym ci najbardziej w życiu zależy. Nawet, jeżeli oznacza to, iż będziesz musiał iść w takim kierunku w swoim życiu i to do końca swego życia, którego byś nigdy dla siebie nie obrał. Ale to jest powód, dla którego ja i moi przyjaciele tradycjonaliści są w stanie zrozumieć, co się teraz dzieje.

A to, co się obecnie dzieje, nie jest niczym innym, jak systematycznym rozmontowywaniem wiary katolickiej przez człowieka, którego świętym obowiązkiem jest działać jako jej główny stróż i obrońca. Jak napisałem w roku 2014 w następującym fragmencie:

Sugerowałabym Państwu, iż pomniejszenie papiestwa lub – jak określiłby to Franciszek – biskupstwa rzymskiego – nie jest tym, co [Bergoglio] zechciałby w pełni zrealizować tak długo dopóki nie wyciśnie zeń ostatniej kropli autorytetu po to, by zmienić wszystko, co zechce; aby ustanowić niezmienny przyszły kurs Kościoła Katolickiego. Jest on przeciwny centralizacji autorytetu papiestwa wyjąwszy przypadki, gdy ekstatycznie opowiada się za nią. Postrzegam to jako papieską misję kamikaze, dokonać autodestrukcji instytucji przy jednoczesnym wyciskaniu zeń maksimum korzyści dla rewolucyjnych celów, które ożywiają ten pontyfikat.

Ale prawdą jest, że do tego punktu [Franciszek] nie dotarł sam. Jest on kulminacją dekad osłabiania i kwestionowania prawdziwej tożsamości Kościoła ze strony następców św. Piotra. Ci, którzy w chwili obecnej kwestionują poczynania papieża Franciszka odnośnie nauczania Kościoła, muszą, o ile mają jakąkolwiek dbałość o Rzeczywistość, ocenić co zostało zrobione w czasach Soboru oraz w okresie bezpośrednio po nim następującym.

Drugi esej Hilary pt. „Jak wyjść z Matrixu o własnych siłach“ stara się uporać właśnie z tym problemem:

Podsumowując całą kwestię stwierdzić trzeba, iż Franciszek nie jest pokraczną i niewyjaśnialną anomalią. Jest on jedynie logicznym wnioskiem tego, co dzieje się w Kościele i na świecie od roku 1965. Franciszek nie jest niespodzianką. Nie jest on „wprowadzającym zamieszanie”. Nie jest on też odstępstwem od świetlanej drogi chwały Kościoła, na której Kościół znajduje się od zamknięcia Soboru Watykańskiego II. Franciszek jest uosobieniem wszystkiego tego z intelektualną i moralną degradacją [głównie kleru] włącznie, co się dzieje i działa odkąd Kościół otworzył okna i wpuścił post-oświeceniowy świat, by ten odtąd rządził. To wszystko zawiera też jego [Franciszka] ewidentną niezdolność, jak i niezdolność jego przyjaciół i popleczników, zrozumienia tego, dlaczego logiczna sprzeczność nie ma żadnego znaczenia. (Pisząc „intelektualna degradacja” mam właśnie to na myśli. Utrata zdolności stosowania podstawowych zasad racjonalnego myślenia)

Wszystko to, kontynuję twierdzić, jest ok. Nie dzieje się nic złego, dopóki i Ty nie zaczniesz tak nie myśleć. Poza tym wszystko będzie w sumie dobrze, ponieważ na przykładzie Franciszka widzimy wreszcie, jak groteskową parodię Wiary i racjonalności wydał ten [posoborowy] rozwój. Franciszek jest nie tylko uosobieniem posoborowia; on jest chodzącym, gadającym, opowiadającym bzdury, robiącym selfie, bluźniącym, antyracjonalnym, heretyckim, bredzącym przykładem dawnej zasady edukacyjnej, a mianowicie Złego Przykładu; ten facet jest tak bezwstydnie złym ojcem, iż służy on za zbawienną nauczkę dla swoich dzieci [ukazując im to], czego nie należy robić.

Od pierwszego dnia tego pontyfikatu mówiłam, że jest on tym przebudzeniem, którego Kościół tak rozpaczliwie potrzebuje. To, czym [ten pontyfikat jest] było tak oczywiste, iż pierwszą rzeczą, którą mój stary przyjaciel ateista po konklawe powiedział było: „No, no ..papież Franciszek jest bardzo popularny wśród nie-katolików, nieprawdaż?”

Twierdziłam, że Kościół krwawiący z ran zadanych mu przez miliony zacięć ostrzem papieru, nie mógłby przeżyć innego „konserwatywnego” pontyfikatu. Jan Paweł i Benedykt mieli do roztrwonienia kapitał wieków i teraz już nic nie ma, a my musimy zacząć wszystko od początku. Franciszek nie tylko to umożliwi, ale uczyni to jedynym możliwym sposobem dla wiernych. To dobrze. Krótko mówiąc ten pontyfikat był dokładnie tym, czego było trzeba, by zmusić katolików, by na nowo nauczyli się swojej Wiary, po to, by jej bronić, i to nie tylko przed światem ale przed całą hierachią [kościelną], która zdegenerowała się i oddała się swoim intelektualnym i cielesnym grzechom.

I (Alleluja!!) pozostali wierzący katolicy zaczynają sobie to uświadamiać. Nawet ci, którzy zostali zainfekowani papieskim pozytywizmem, który stał się normą za panowania Jana Pawła II, nawet ci zaczęli kwestionować panaceum posoborowości, tego podejścia, które konstruuje delikatnie narzucone i często niewysłowione założenia na temat katolicyzmu, które są w rzeczywistości bezpośrednim zaprzeczeniem wiary naszych ojców.

Esej „Unknowing” zaowocował dużą ilością emaili. Podam przykład. Nie chcę podawać tożsamości autorki, ale jest ona pobożną młodą kobietą z USA, która pyta: „Jakie są główne założenia tradycjonalizmu, do którego się Pani odnosi? Co to znaczy neo-modernizm? Co było nie tak z pontyfikatem papieża Benedykta? Jaki artykuł lub książki może Pani polecić, które bardziej szczegółowo traktują na ten temat?” Odkąd ja (i mała grupa blogerów tradycjonalistów) otrzymujemy tego rodzaju zapytania, pomyślałam, że dobrze byłoby zrobić wpis zdradzający tę tajemnicę.

Hilary podaje listę lektur, którą należy dokładnie przestudiować. Ja sam zakupiłem z niej dwie książki. Ale jej lista jest jedynie punktem wyjścia. Musimy rozwinąć ją nieco bardziej. Ja sam zacząłem od interwencji Ottavianiego (link prowadzi do SSPX, ale EWTN też to ma, bez tła historycznego), która w jednej chwili zerwała błony z moich oczu, kiedy to postanowiłem nie wierzyć, że taka ślepota mogła być nawet możliwa. Michael Davies załatwił resztę sprawy, jak i różne artykuły i blogi. Przypuszczalnie najlepszą, najbardziej pozytywną i owocną pracą, która czytałem jest Herezja braku formy Martina Mosebacha.

Zauważycie Państwo, iż każda z podanych pozycji zajmuje się zmianami w liturgii. I oczywiście dokładnie na tym kościelni rewolucjoniści skoncentrowali swoje największe wysiłki. Liturgia jest właśnie najważniejszym punktem, od którego należy zacząć, zanim zbada się inne zagadnienia, które poruszane zostały na Soborze, i jak sprytnie jego obrady zostały przejęte przez tych, którzy pragnęli istotnych i nieodwracalnych zmian w Kościele.

Istnieje szereg innych publikacji, które należy koniecznie przeczytać. Jednak próbę podania listy tych, które znam i to pod koniec wystarczająco długiego artykułu, chciałbym przenieść do działu komentarzy. Jeżeli zbiorę ich wystarczającą ilość, wówczas podam krótką bibliografię na tej stronie w celu przyszłych przypisów i odnośników.

Zagadnieniem tym zajmiemy się bliżej w najbliższej przyszłości. Wydostaniemy się z króliczej nory. I uczynimy to wspólnie. Nie wyłączajcie odbiorników, a dowiecie się, jak można otrzymać swój własny [Anty-] Posoborowy Dekoder.

Artykuł opublikowano w oryginale 6 maja 2016 roku.

Out of the Rabbit Hole