Różowe chrześcijaństwo

Autor: Paweł Bany
Źródło: „Zawsze Wierni”, Nr 4 [191]/Dakowski.pl

Wprowadzenie

Celem tego tekstu jest przedstawienie krótkiej charakterystyki specyficznej formy religijności i typu mentalności reprezentowanej obecnie przez niemałą liczbę katolików. Do określenia tego zjawiska przydatne okazało się wyrażenie, którym po raz pierwszy posłużył się w 1880 roku Konstantyn Leontew. Rosyjski reakcjonista starał się opisać pewną tendencję duchową, która budziła w nim silny niepokój, moralny sprzeciw i estetyczną odrazę. Określił ją mianem „różowego chrześcijaństwa”. Dostrzegał ją w dziełach najwybitniejszych pisarzy rosyjskich, takich jak Lew Tołstoj i Fiodor Dostojewski. Leontjew ironicznie określał ich mianem „nowych chrześcijan„. Cała „nowość” ich nauki wiązała się nie tyle z jej oryginalnością, ile z mniej lub bardziej świadomym zerwaniem ze Świętą Tradycją i z brakiem wierności temu, co stanowi depozyt wiary chrześcijańskiej. Choć różowe chrześcijaństwo rekomenduje samo siebie jako jedyne, żywe i autentyczne, w istocie rzeczy ma ono jednak charakter heterodoksyjny.

Należy dodać, że w ten sposób wprowadza w błąd swoich zwolenników i uniemożliwia im rzeczywisty rozwój religijny, ponieważ żyją oni spokojnie w niewzruszonym przekonaniu, że są stuprocentowymi chrześcijanami, nie uświadamiając sobie, że nie dokonało się w nich pełne nawrócenie. W porównaniu z chrześcijaństwem tradycyjnym nauka różowego chrześcijaństwa jest rozcieńczona, a wymagania moralne zmiękczone. Źródeł wspomnianej mentalności należy szukać w liberalnych nurtach protestantyzmu. Zdaniem Leontjewa tym, co odróżnia różowe chrześcijaństwo od większości innych herezji, jakie znamy z historii, jest fakt, że jego zasady nie zostały wyraźnie wyartykułowane i nie doszło w nim do wyodrębnienia się wspólnoty odstępców – jest ono głoszone przez tych, którzy należą do Kościoła. Ludzie ci nominalnie są chrześcijanami, choć w istocie rzeczy są do głębi przeniknięci rewolucyjnym, światowym duchem. Działając od wewnątrz mogą doprowadzić do znacznie dotkliwszych szkód niż najbardziej zajadli zewnętrzni wrogowie chrześcijaństwa. Kard. John Henry Newman w swoim kazaniu Religia obecnego czasu scharakteryzował ten typ duchowości w następujący sposób: „Nie zawiera ona prawdziwej bojaźni Bożej, ani gorliwości w chronieniu czci Boga, ani głębokiej nienawiści wobec grzechu, ani przerażenia na widok grzeszników, ani oburzenia wobec bluźnierstw heretyków, ani zazdrosnego przestrzegania prawdy doktryny, ani lojalności wobec Świętego Kościoła Apostolskiego, o którym mówi Credo, ani uznania autorytetu religii jako czegoś zewnętrznego wobec umysłu: jednym słowem cechuje ją zupełny brak powagi i dlatego nie jest gorąca ani zimna, lecz letnia”.

Selektywizm

W różowym chrześcijaństwie nie przykłada się szczególnej wagi do prawowierności, bowiem z jego punktu widzenia ważniejsza od dogmatów wydaje się praktyka, „życie w duchu”, a także pozytywne bądź negatywne przeżycia związane ze sferą religijną. W rezultacie kwestia obiektywności prawdy tego, w co wierzymy, jest traktowana jako drugorzędna albo wręcz zupełnie nieistotna. Chodzi tu nie tyle o zakwestionowanie konkretnych artykułów wiary, ile o konsekwentne pomijanie ich w życiu codziennym. Innymi słowy, mamy w tym wypadku do czynienia z tolerowaniem braku zgodności między teorią a praktyką. Wspomniany rozdźwięk jest maskowany przez chroniczny brak precyzji językowej i pustosłowie, cechujące typowych różowych chrześcijan. Mówiąc o tym rozchwianiu doktrynalnym należy zauważyć, że polega ono nie tyle na wprowadzaniu jakichś nowych treści do zbioru prawd wiary, ile na nadmiernym eksponowaniu niektórych z nich kosztem innych. Chodzi o selektywizm, który wyraża się w tym, że wybieramy z chrześcijaństwa wyłącznie te prawdy, które kojarzą się nam w pozytywny sposób, programowo ignorując wszystko pozostałe. Taka jednostronność prowadzi do poważnego zakłócenia delikatnej równowagi i spójności systemu doktrynalnego. Opisane dostosowywanie nauki chrześcijańskiej do naszych potrzeb i preferencji jest dowodem pychy.

Przejawia się ona w tym, że zapominamy, iż należy z pełnym poddaniem i na zasadzie spokojnej, „suchej wiary” umysłu uznawać również te prawdy wiary, które z pewnych powodów są dla nas trudne do przyjęcia. Z wyżej wymienionym selektywizmem łączy się dążność do radykalnego upraszczania. Dotyczy to nie tylko zasygnalizowanej powyżej niechęci do stosowania precyzyjnych terminów, subtelnych rozróżnień i respektowania niuansów teologicznych, lecz w równej mierze innych sfer związanych z religią (takich jak liturgia). W rezultacie prowadzi to do destrukcji całego bogactwa, porządku, hierarchii, złożoności form i estetycznego wyrafinowania typowych dla tradycyjnej cywilizacji chrześcijańskiej.

Kult człowieka

Największym zagrożeniem związanym z różowym chrześcijaństwem jest ukryta za fasadą szlachetnie brzmiących, humanistycznych postulatów antropolatria, czyli kult człowieka (oddawanie boskiej czci człowiekowi bądź ludzkości). Chodzi o to, że centrum zainteresowania przestaje być Bóg, a staje się nim człowiek – jego doczesne potrzeby i aspiracje. Ta radykalna zmiana optyki i idące za nią gruntowne przewartościowanie wyrażają się w nadmiernym akcentowaniu godności człowieka i jego autonomii w oderwaniu od jego zależności i konieczności poddania się Bogu. Można w tym dostrzec wyraźny wpływ nowożytnej idei praw człowieka. Zamiast o zbawieniu wiecznym, mówi się raczej o budowaniu doskonałej ludzkiej wspólnoty na ziemi (na zasadzie życzliwej i solidarnej współpracy wszystkich ludzi „dobrej woli” i ich powszechnej mobilizacji w procesie budowy „lepszego świata”) Zamiast autentycznej wspólnoty opartej na jedności wiary, proponuje się nam otwartość na wszystkich, ekumenizm i dialog międzyreligijny. jest to pozorna wspólnota, w ramach której mamy się łączyć ze schizmatykami, z heretykami, z innowiercami, a nawet z zupełnymi bezbożnikami. Jednak taka jedność ma charakter całkowicie zewnętrzny – w najlepszym razie stanowi swego rodzaju luźny i nietrwały sojusz. Odwoływanie się w tej sytuacji do idei powszechnego braterstwa wszystkich ludzi stanowi poważne nadużycie tego terminu. Z innymi ludźmi jako takimi łączy nas bowiem jedynie podobieństwo natury (connaturalitas). To prawda, że jako chrześcijanie mamy kochać wszystkich ludzi, gdyż każdy z nich jest naszym potencjalnym lub aktualnym bliźnim. Słowo „brat” ma jednak węższy zakres znaczeniowy niż słowo „bliźni”. Braterstwo w ścisłym tego znaczeniu nie może dotyczyć wszystkich ludzi bez żadnego rozróżnienia, lecz tylko tych spośród nich, którzy wyznają tę samą wiarę co nasza. Innymi słowy, sens ma jedynie mówienie o braciach w wierze. Zwolennicy różowego chrześcijaństwa wierzą w możliwość całkowitej eliminacji zjawisk cierpienia, prześladowania, biedy, upokorzenia, krzywdy i wyzysku. jest to typowy przykład szlachetnej utopii.

Przekaz zawarty w naukach apostołów jest jasny: nie obiecują nam oni pełnego triumfu sprawiedliwości i wiary na tym świecie, lecz zapowiadają bardzo poważny kryzys wiary w czasach ostatecznych i odpadnięcie od wiary bardzo wielu chrześcijan. Zwolennicy różowego chrześcijaństwa wierzą w postęp, w nieuchronność procesu rozwoju ludzkości, jej „dochodzenie do dojrzałości”, w powszechny wzrost ogólnego poziomu moralnej i intelektualnej świadomości ludzi. Ich uwaga jest skoncentrowana nie tyle na wieczności, ile na teraźniejszości i przyszłości.

Należy dodać, że ten typ optymizmu opiera się na przekonaniu, które pewien brazylijski myśliciel określił ironicznie jako niepokalane poczęcie jednostki”. Polega ono na tym, że nie bierzemy pod uwagę skutków grzechu pierworodnego i skażenia natury ludzkiej. Człowiek jest wówczas traktowany jako istota zdolna do czynienia wszelkiego dobra, opierając się na swoich czysto przyrodzonych siłach (autonomia moralna). To z kolei oznacza, że kluczem do usunięcia zła i źródła potencjalnych konfliktów między ludźmi winny być odpowiednie reformy społeczne. Dlatego właśnie różowi chrześcijanie tak często mówią o potrzebie wprowadzenia rozmaitych i gruntownych zmian. Charakterystyczne jest to, że postulowane przez nich działania są z reguły skierowane na zewnątrz. Chodzi im bowiem nie tyle o pracę nad samymi sobą, o przezwyciężanie siebie i nabywanie cnót, ile o poprawianie i „reformowanie” innych.

W ten sposób zostaje zapomniane to, co stanowi bezwzględny priorytet w autentycznym chrześcijaństwie, czyli dążenie do osobistego uświęcenia i ocalenia przed wiecznym potępieniem.

Fałszywe miłosierdzie

Najbardziej charakterystyczną cechą różowego chrześcijaństwa jest koncentracja uwagi na miłości. jednak problem polega na tym, że doszło w nim do dyskretnego przesunięcia treściowego, w rezultacie którego na miejsce klasycznie rozumianej miłości chrześcijańskiej podstawiono inne typy miłości. Przykładowo zamiast miłości do konkretnego bliźniego podsuwa się nam abstrakcyjnie rozumianą miłość powszechną (miłość do ludzkości).

Kolejnym, bardzo poważnym nadużyciem intelektualnym jest naturalizacja miłości. Chrześcijańska caritas to miłość o charakterze nadprzyrodzonym. Punktem wyjścia jest w niej umiłowanie Boga. Bliźni natomiast winien być kochany nie ze względu na niego samego, lecz ze względu na Boga. Na marginesie należy dodać, że jako chrześcijanie nawet siebie samych winniśmy kochać ze względu na Boga. Powtórzmy: winniśmy poświęcać się dla bliźniego i zabiegać o jego dobro ze względu na Boże przykazanie, a nie z pobudek czysto humanitarnych bądź na zasadzie spontanicznego porywu serca.

Kryterium autentycznej miłości bliźniego z perspektywy chrześcijańskiej jest przede wszystkim poważna troska o wieczne zbawienie naszego bliźniego. To właśnie ona odróżnia chrześcijańską miłość od humanitaryzmu, który jest ufundowany na poczuciu solidarności z innymi ludźmi. Jednym z jego przejawów jest filantropia, która stanowi czysto ludzką, motywowaną współczuciem i pozbawioną konotacji religijnych formę zaangażowania na rzecz osób słabszych, biednych i pokrzywdzonych. Głównym przedmiotem troski jest w tym wypadku zapewnienie im fizycznego bezpieczeństwa i psychicznego komfortu, a także poprawa ich położenia materialnego. Należy dodać, że niekiedy może to być współczucie bardzo powierzchowne. Przy bliższym wejrzeniu może się bowiem okazać, że aktywność tego typu stanowi subtelną maskę pychy. Chodzi o sytuację, gdy z mniej lub bardziej skrywanym samozadowoleniem patrzymy na samych siebie albo – co gorsza – ukazujemy siebie innym jako szlachetnych i łaskawych dobroczyńców.

Innym negatywnym aspektem działań dobroczynnych może być to, że podejmując je w nieroztropny sposób możemy przyczynić się do wytworzenia bądź utrwalenia u osób, które korzystają z naszej pomocy, postawy roszczeniowej. Dzieje się tak, gdy akcentując prawa człowieka, pomijamy jego obowiązki. Prowadzi to do tego, że ludzie znajdujący się gorszym położeniu zaczynają domagać się wszystkiego jako należnego im prawa, zapominając o tym, że powinni być wdzięczni za otrzymany dar. Takie osoby nie potrafią zdobyć się na odpowiednią dozę pokory, aby z radością przyjąć jałmużnę. Godne odnotowania jest także to, że miłosierdzie i współczucie są w omawianym przypadku traktowane w sposób selektywny, gdyż odnoszą się niemal wyłącznie do tych, którzy są od nas słabsi i znajdują się w gorszym położeniu niż my. Prawdziwy chrześcijanin tymczasem nie powinien czynić takich rozróżnień, rozciągając swoje współczucie i troskę zarówno na chorego biedaka, jak i na zdrowego bogacza (tym bardziej, że najczęściej ten ostatni musi zwalczyć w swoim życiu znacznie większą liczbę pokus, aby dostąpić zbawienia). Różowi chrześcijanie uspokajają ludzi, tak aby nie odczuwali lęku przed Bożym sądem i realną możliwością znalezienia się w piekle.

Nie straszy się już potępieniem wiecznym. Nie wspomina się także zbyt dużo o diable i jego nieustannej aktywności. Takie fałszywe miłosierdzie zamiast napominania grzeszników, skłaniania ich do poprawy, nawrócenia i pokuty – pozwala im dalej trwać, a mówiąc ściślej, dalej pogrążać się w grzechu. Tymczasem prawdziwa chrześcijańska miłość – mimo całej swej delikatności – nie jest pozbawiona stanowczości, która wynika z troski o stan duszy drugiego człowieka. Właśnie miłość sprawia, że czasami musimy podjąć interwencję i sprawić bliźniemu ból, aby wytrącić go ze stanu obojętności lub zawrócić z drogi, która prowadzi do zatracenia. Warto w tym miejscu przytoczyć słowa zawarte w jednym z listów św. Augustyna: „Nie każdy, kto [nas] oszczędza, jest [naszym] przyjacielem, podobnie nie każdy, kto [nas] karci, jest [naszym] wrogiem. Lepsze są rany zadane przez przyjaciela niż liczne pocałunki wroga. Lepiej jest kochać z surowością, niż z łagodnością i pobłażliwością zwodzić. Pożyteczniej jest zabrać chleb głodnemu, jeśli ten mając zapewnione pożywienie, miałby zaniedbać sprawiedliwości, aniżeli dzielić się chlebem z głodnym po to, aby ten dał się zwieść i przyzwolił na niesprawiedliwość”.

Kolejne przekłamanie typowe dla różowego chrześcijaństwa polega na tym, że Boże miłosierdzie i przebaczenie są ukazywane w całkowitym oderwaniu od Bożej sprawiedliwości. Sugeruje się w ten sposób, że chodzi o miłosierdzie zupełnie bezwarunkowe i niejako automatyczne, podczas gdy w chrześcijaństwie dostąpienie przez kogoś miłosierdzia jest uzależnione od tego, na ile on sam okazywał je bliźniemu. Co więcej, aby w pełni docenić wartość miłosierdzia, człowiek musi mieć głębokie poczucie własnej grzeszności i świadomość tego, że w porządku sprawiedliwości zasługuje na surową karę. Konsekwencją absolutyzacji Bożego miłosierdzia może być mniej lub bardziej mgliste przekonanie o tym, że ostatecznie wszyscy z nas unikną piekła. Ten optymizm soteriologiczny związany z wiarą w powszechność zbawienia jest pozbawiony podstaw. A jednak jego wyraźne ślady można odnaleźć w myśleniu wielu współczesnych katolików: gdy ktoś umiera, sugeruje się tym, którzy go opłakują, że zmarły jest już zbawiony i znajduje się u Boga. Nie mówi się im o powadze i grozie sądu Bożego, o możliwości wiecznego potępienia, ani o czyśćcu i mękach z nim związanych. Jedna z głównych prawd wiary głosi przecież, że Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który nagradza za dobre, a za złe karze. Wszystkie miejsca w Piśmie Świętym, w których traktuje się o tych sprawach, interpretuje się jako już nieaktualne, jako przenośnie lub literackie hiperbole. Prostą konsekwencją tego optymizmu eschatologicznego jest to, że modlitwa za zmarłych traci sens. Stanowi to swoiste żerowanie na Bożym miłosierdziu: „skoro Bóg jest dobry i miłosierny, to nie może nikogo potępić” (człowiek żyje tak, jak chce, i uważa, że Bóg mimo to i tak go kocha). A przecież zuchwałe liczenie na miłosierdzie Boże stanowi grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Można w tym również dostrzec próbę swoistego moralnego szantażu wobec Boga („jeśli nas potępisz, będzie to oznaczało, że nie jesteś wcale taki dobry ani miłosierny„).

Kolejnym zagadnieniem związanym z błędnym rozumieniem miłosierdzia jest brak bogobojności, czyli bojaźni Bożej. Różowy chrześcijanin uważa, że nie należy go niczym straszyć, ponieważ uwłacza to jego godności i sugeruje, że traktuje się go jak dziecko. Nie bierze pod uwagę tego, że bojaźń Boża nie jest bynajmniej czymś upokarzającym, gdyż stanowi przejaw szacunku, uległości i poczucia całkowitej zależności od wszechmocnego Stwórcy. Wynika ze świadomości, jak wielka jest potęga i majestat Boga w porównaniu i z ludzką słabością i kruchością, jest jednym z darów Ducha Świętego. Apostoł Paweł upominał, aby zabiegać o własne zbawienie „z bojaźnią i drżeniem” (Flp 2, 12). Święta trwoga przed sądem Bożym, jaką – mimo całej swojej nadziei – odczuwa chrześcijanin, nigdy nie będzie zastąpiona przez fałszywą pewność dotyczącą zbawienia. Warto w tym miejscu ponownie przytoczyć słowa kard. Newmana: „[…] tak długo jak jesteście tutaj, nigdy nie możecie być pewni zbawienia; dlatego musicie trwać w bojaźni, dopóki macie nadzieję. Wasza znajomość własnych grzechów wzrasta proporcjonalnie do waszego poznania Chrystusowego miłosierdzia. Bojaźń Boża stanowi początek mądrości; dopóki nie spostrzeżecie, że [Bóg] jest ogniem trawiącym i nie zbliżycie się do niego z czcią i bojaźnią, jako grzesznicy, nie będziecie nawet w stanie zobaczyć Ciasnej Bramy [która wiedzie do zbawienia]. Bojaźń i miłość muszą iść ze sobą w parze; zawsze bojaźń, zawsze miłość, aż po sam grób”.

Brak ducha walki

Wyznawanie różowego chrześcijaństwa jest wygodne i bezpieczne, ponieważ nie powoduje problemów ani konfliktów z innymi. Głoszenie i obrona prawdziwej wiary natomiast budzą opór, a czasami wręcz nienawiść otoczenia. Co ciekawe, ludzie, którzy z taką zajadłością atakują prawdziwe chrześcijaństwo i nienawidzą go, są w stanie zaakceptować lub przynajmniej tolerować różowe chrześcijaństwo – jego przedstawiciele są bowiem przez swoje otoczenie postrzegani jak osoby miłe i nieszkodliwe, jawią się im jako „zupełnie normalni” i „ludzcy”. Nie wytykają bliźniemu jego grzechu, nie są dla niego żywym wyrzutem sumienia, nie separują się od niego i prowadzą z nim uprzejmy dialog. Jednak taka postawa może stanowić bierne przyzwolenie na zło, co sprawia, że stajemy się w pewien sposób współodpowiedzialni za grzechy popełniane przez innych ludzi. W tym miejscu należy zauważyć, że taka pobłażliwa postawa kłóci się z promowanym przez różowych chrześcijan miłosierdziem. Jednym z uczynków miłosierdzia co do duszy jest przecież upominanie grzeszących.

Różowi chrześcijanie nie próbują nikogo nawracać, ponieważ nie chcą być posądzani o nachalny prozelityzm. Starają się unikać walki i z zasady stronią od wszelkich form konfrontacji. Idea Kościoła Walczącego (Ecclesia Militans) jest im zupełnie obca. Nacisk kładą na pokój i jedność. Problem polega na tym, że te pojęcia są przedstawiane jako pozornie oczywiste i posiadające jednoznacznie pozytywną konotację. W istocie rzeczy jednak sposób ich rozumienia przez różowych chrześcijan jest bardzo nieprecyzyjny. Prawdziwa chrześcijańska jedność opiera się na jedności władzy, wiary oraz kultu i sakramentów. Oznacza to, że w żadnym razie nie chodzi o powierzchowne, maskujące różnice i rozbieżności zjednoczenie z innymi w oderwaniu od prawdy. Byłby to pokój fałszywy i absolutnie destrukcyjny. Papież Pius XII przestrzegał nas przed takim irenizmem twierdząc, że doprowadziłby on wprawdzie do jakiejś formy jedności z innowiercami, ale byłoby to połączenie „tylko we wspólnej ruinie”.

Wygodnictwo

Różowi chrześcijanie wymagają od Kościoła głównie pocieszenia i pokoju. Chcą żyć tak, jak im się podoba, niczego sobie nie odmawiając, lecz zarazem nadal pragną być określani zaszczytnym mianem chrześcijan. Taka postawa niewiele człowieka kosztuje. To duchowe wygodnictwo oznacza brak zobowiązań, wymagań, niechęć do jakichkolwiek wyrzeczeń i poświęceń, do odmawiania sobie czegokolwiek. W różowym chrześcijaństwie nie mówi się o konieczności przyjęcia własnego krzyża i cierpienia, o umartwieniach; brak w nim zrozumienia dla ducha pokuty, podjęcia surowych postów itd. W przekonaniu różowych chrześcijan do zyskania uznania w oczach Boga i otrzymania przebaczenia w zupełności wystarczy to, że przestajemy grzeszyć, wykazując dobrą wolę i ogólne oznaki poprawy. Jednak należy zauważyć, że św. Tomasz z Akwinu odrzucił jako błędny pogląd, wedle którego każdy z nas może dojść do zbawienia nawet bez sakramentu pokuty, jeśli tylko ma miłość, wiarę i miłosierdzie. Co ciekawe, różowe chrześcijaństwo, które zdradza wyraźną inklinację do przeciwstawiania „czystości” pierwotnego chrześcijaństwa jego późniejszym postaciom, w żaden sposób nie nawiązuje do tego, co było w nim trudne i surowe (np. do starożytnej dyscypliny pokutnej lub postnej). Zazwyczaj pojawia się w tym kontekście tłumaczenie, że wspominane praktyki z przeszłości były często bardzo przesadzone, a nawet pozbawione sensu. Sugeruje się także, że współcześni chrześcijanie rzekomo nie mogliby im sprostać. Jest to ewidentna próba usprawiedliwienia własnej słabości. Paradoksalnie, nie przeszkadza wcale różowym chrześcijanom uważać samych siebie za ludzi dojrzalszych, a nawet bardziej oświeconych i wyrafinowanych duchowo od chrześcijan minionych wieków.

Sentymentalizm

Kolejną, rzucającą się w oczy cechą różowego chrześcijaństwa jest przesadne akcentowanie znaczenia uczuć w życiu religijnym. W skrajnych przypadkach może to doprowadzić do zupełnego zredukowania wiary do doświadczenia i przeżyć natury emocjonalnej (kosztem nabycia rzetelnej i kompletnej katolickiej formacji intelektualnej). Różowi chrześcijanie wykazują się przy tym zupełnym niezrozumieniem podstawowych praw życia duchowego i jego rozwoju. Nie dostrzegają konieczności podejmowania wysiłku pracy nad sobą i cierpliwego wspinania się po kolejnych szczeblach wiodących człowieka ku świętości. Zamiast tego preferują charyzmatyczne porywy i „mistyczne” uniesienia, które w ich mniemaniu mają gwarantować zdecydowanie szybszy efekt w zbliżeniu się do Boga. Różowi chrześcijanie zamiast indywidualnych praktyk ascetycznych widzą potrzebę zwiększenia aktywności w sferze zewnętrznej. Życie kontemplacyjne jest dla nich pozbawione większej wartości i sensu. Różowi chrześcijanie kładą nacisk na entuzjazm i „spontaniczność”, jak również na przeżywanie i manifestowanie radości. Tradycyjne formy pobożności natomiast odrzucają jako bezduszny, sztywny formalizm. Chętnie powołują się na słowa św. Pawła z I listu do Tesaloniczan (5, 16): „Zawsze się radujcie”.

Jednak wydają się zapominać o tym, że chrześcijaństwo nie obiecuje nam prawdziwej, pełnej radości w porządku doczesnym, lecz mówi, że dostąpią jej zbawieni w niebie oraz o tym, że ta radość, o której mówi św. Paweł, jest zdolnością znoszenia cierpienia z oddaniem i spokojem, czyli radością pośród cierpień wypływającą ze zjednoczenia z Chrystusem. Atmosfera różowego chrześcijaństwa utwierdza człowieka w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa. Trwanie w tym stanie może go doprowadzić do zguby, ponieważ najbardziej niebezpieczne dla kogoś, kto znajduje się w sytuacji realnego zagrożenia, jest poczucie, iż nic mu nie grozi. Żyjąc w takim przekonaniu nie zachowujemy należytej czujności i ostrożności.

Kard. John Henry Newman porównał to do niefrasobliwej postawy proroka Jonasza, który spał spokojnie na okręcie mimo szalejącego wokół sztormu. Jego nieuzasadniony spokój przypomina fałszywą pewność siebie ludzi tego świata. Zupełnie inaczej należy oceniać postawę Pana Jezusa, który spał spokojnie w łodzi w czasie burzy na jeziorze Genezaret, wiedząc, że nic Mu nie zagraża. W porównaniu z Jonaszem korzystniej wypadają zatrwożeni apostołowie, którzy wołali do śpiącego Pana Jezusa: „Panie, ratuj, giniemy!” (Mt, 8, 23-27). Ich bojaźliwe zachowanie, rzecz jasna, było dalekie od chrześcijańskiego ideału, ponieważ brakowało im wystarczającej wiary w opiekę Bożą, lecz – w odróżnieniu od śpiącego Jonasza – zdawali oni sobie przynajmniej sprawę z tego, że są zagrożeni i potrzebują pomocy; wiedzieli także, do kogo należy się o nią zwrócić.

Awersja do Tradycji

Różowe chrześcijaństwo ma swoją ciemną, starannie skrywaną stronę. Przy bliższym podejściu okazuje się, że nie jest ono bynajmniej tak tolerancyjne i otwarte, jak deklaruje. Choć pragnie jawić się jako coś w pełni pozytywnego, ujawnia się w nim często głęboko utajony resentyment. Przedstawiciele opisywanego nurtu z zadziwiającą łatwością przyjmują postawę surowych sędziów swoich oponentów, przypisując im złe i niskie intencje. Ujawnia się to na przykład w sytuacji, gdy ktoś podejmuje próbę poddania krytyce zasad i praktyk różowego chrześcijaństwa. Musi się wówczas się liczyć z tym, że z miejsca otrzyma etykietkę człowieka pozbawionego miłości. Najprawdopodobniej oskarży się go też o religijny fanatyzm i dewocję, o zasklepienie w swoim światopoglądzie, o ogólną niechęć do rodzaju ludzkiego, o brak miłosierdzia, o agresywność i żywienie głęboko zakorzenionego uczucia mściwości.

Przedstawiciele różowego chrześcijaństwa w wielu sytuacjach wykazują zadziwiający brak pokory. Działają w sposób samowolny, nie potrafią bądź nie chcą być posłuszni władzom kościelnym – nie chcą być dłużej uczniami, lecz wolą sami nauczać innych. Znamienną cechą różowego chrześcijaństwa jest głęboko zakorzeniona niechęć wobec Tradycji katolickiej. Przejawia się ona w upartym skupianiu się na jej realnych lub domniemanych negatywnych aspektach z pominięciem tego, co stanowi jej niekwestionowany pozytywny, kulturotwórczy dorobek. Innym wyrazem tej niechęci do Tradycji jest jej całkowite pomijanie (tak jakby w ogóle nie istniała lub zupełnie utraciła swą aktualność i uległa swoistemu przedawnieniu). Przedstawiciele różowego chrześcijaństwa postrzegają tradycyjne chrześcijaństwo jako nieinteresujące, pozbawione życia i pełne niezrozumiałych obrzędów.

Zamiast podsumowania

Na zakończenie, zamiast podsumowania, warto przytoczyć jeszcze raz słowa kard. Newmana, ponieważ bardzo dobrze charakteryzują one istotę różowego chrześcijaństwa: „Jaką sztuczką posługuje się dziś szatan? jak wygląda obecnie religia tego świata? Przejęła ona jaśniejszą stronę Ewangelii – jej pociechy i jej przykazania miłości; jednocześnie wszystkie mroczniejsze i głębsze poglądy na kondycję i przyszłość człowieka popadły w zapomnienie. Religia ta jest łatwa i przyjemna; główną cnotą jest w niej życzliwość, podczas gdy nietolerancja, dewocja i nadgorliwość zajmują pierwszą pozycję wśród wszystkich grzechów”.