O obowiązku Papieży

Nasz urząd apostolski nakłada na Nas obowiązek czuwania nad czystością wiary i nieskazitelnością katolickiej dyscypliny. Wymaga od Nas ochrony wiernych przed złem i błędem, zwłaszcza wtedy, gdy zło i błąd prezentowane są w porywającej mowie, która – ukrywając niejasność pojęć i dwuznaczność wyrażeń pod żarem uczuć i górnolotnych słów – może rozpalić serca dla atrakcyjnych, niemniej jednak zgubnych, spraw. (“Notre charge apostolique”. O błędach Sillonu, 1910)

***

Urząd pasania owczarni Pańskiej, zlecony Nam przez Boga, mieści w sobie przede wszystkim ten obowiązek, wskazany przez samego Chrystusa, abyśmy jak najczujniej strzegli przekazanego Kościołowi depozytu wiary, odrzucając “niezbożne nowości słów” oraz zarzuty rzekomej nauki (1 Tym 4, 20). Ta zaś przezorność najwyższego pasterza była po wszystkie zgoła czasy niezbędną Kościołowi Katolickiemu, gdyż za sprawą nieprzyjaciela rodzaju ludzkiego nigdy nie brakowało mężów “mówiących przewrotności” (Dz Ap 20, 30), “próżnomównych i zwodzicielców” (Tyt 1, 10), “błądzących i w błąd wprowadzających” (2 Tym 3, 1). A wyznać musimy, że szczególniej w ostatnich czasach wzrosła liczba takich nieprzyjaciół krzyża Chrystusowego, którzy za pomocą nowych a podstępnych środków usiłują paraliżować ożywcze działanie Kościoła, a nawet, gdyby się udało, doszczętnie wywrócić samo nawet królestwo Chrystusowe. Dlatego też dłużej milczeć Nam nie wolno, aby ta wyrozumiałość, którejśmy używali, spodziewając się ich powrotu do rozwagi, nie była nam poczytana za zapomnienie swego obowiązku. (“Pascendi Dominici Gregis”. O zasadach modernistów, 1907)

O odnowieniu wszystkiego w Chrystusie

(…) odnowić wszystko w Chrystusie znaczy to samo, co nawrócić ludzi do posłuszeństwa Bożego. Należy więc nam skierować nasze usiłowania do tego, abyśmy rodzaj ludzki zawrócili do panowania Chrystusowego: po dokonaniu tego, wróci już do Boga samego. Mówimy do Boga, nie do tego bóstwa bezwładnego i obojętnego na sprawy ludzkie, jakiego wymyśliły majaczenia materialistów, ale do Boga żywego i prawdziwego, jednego z natury, troistego w osobach, twórcy świata, rządcy najmędrszego wszechrzeczy, prawodawcy najsprawiedliwszego, który karze złe uczynki, ale też jest rychły w nagradzaniu cnoty. (“E Supremi Apostolatus”. O odnowieniu wszystkiego w Chrystusie, 1903)

O walce ludzi z Bogiem i postawieniu człowieka na miejscu Boga

Przy podjęciu się tego chwalebnego dzieła [odnowienia wszystkiego w Chrystusie] dodaje nam otuchy pewność, że będziemy mieli w was, Czcigodni Bracia, gorliwych współpracowników. Gdybyśmy mieli w to wątpić, niesłusznie ocenilibyśmy was jako nieświadomych lub obojętnych wobec tej świętokradzkiej wojny, która obecnie, prawie wszędzie, jest wzniecana i podżegana przeciwko Bogu. Albowiem w rzeczywistości “wzburzyły się narody, a ludzie rozmyślają o próżnych rzeczach” (Ps 2,1) przeciwko ich Stwórcy i tak częste jest wołanie nieprzyjaciół Boga: “Oddal się” (Hi 21,14). I jak można się było spodziewać, wśród większości ludzi wygasła wszelka cześć dla wiecznego Boga, stąd to w przejawach życia tak publicznego, jak i prywatnego pomija się dziś zupełnie Jego najwyższą wolę – przeciwnie, każdym wysiłkiem i fortelem dąży się do tego, aby całkowicie wyrugować pamięć o Bogu, a nawet samo Jego pojęcie.

Rozważając to wszystko, można się obawiać, czy ta wielka przewrotność umysłów nie jest swego rodzaju przedsmakiem, a być może początkiem tego zła, które jest spodziewane na końcu czasów; i że może już być na świecie “syn zatracenia”, o którym mówi Apostoł (2 Tes 2,3). Z taką najwyższą zuchwałością, z taką wściekłością atakuje się wszędzie pobożność religijną, kwestionuje się dogmaty wiary objawionej, dąży się do wykorzenienia i zniszczenia wszelkich więzów między człowiekiem a Boskością! Z drugiej strony, co według tego samego Apostoła jest znakiem rozpoznawczym Antychrysta, człowiek z nieskończoną zuchwałością stawia siebie na miejscu Boga, wznosząc się ponad wszystko, co nazywa się Bogiem; do tego stopnia, że ​​chociaż nie jest w stanie całkowicie zgasić w sobie pojęcia Boga, to jednak, odrzuciwszy Jego majestat, czyni sobie z tego widzialnego świata własną świątynię, w której sam ma odbierać cześć od wszystkich. “Zasiądzie w świątyni Boga dowodząc, że sam jest Bogiem” (2 Tes 2,4).

Nikt jednak przy zdrowych zmysłach nie będzie mieć wątpliwości, jaki będzie wynik bitwy toczonej przez śmiertelników przeciwko Bogu. Człowiek, nadużywając swojej wolności, może naruszyć prawo i majestat Stwórcy Wszechświata; lecz zwycięstwo jest zawsze przy Bogu: porażka jest na wyciągniecie ręki, gdy człowiek, złudzony swoim triumfem, powstaje z największą zuchwałością. Sam Bóg ostrzega nas w Piśmie św. “Zamyka oczy na grzechy ludzi” (Mdr 11,23), jakby nie pamiętając o swojej mocy i majestacie, ale potem, po tym pozornym wycofaniu, “Pan się ocknął jak ze snu, jak wojownik winem zmożony” (Ps 78,65) i “skruszy głowy swoim wrogom” (Ps 68,22), aby wszyscy wiedzieli, że “Bóg jest Królem całej ziemi” (Ps 47,8), “aby wiedzieli poganie, że są tylko ludźmi” (Ps 9,21). (“E Supremi Apostolatus”. O odnowieniu wszystkiego w Chrystusie, 1903)

O błędnej i prawdziwej koncepcji braterstwa i miłości bliźniego

Tak samo rzecz ma się z pojęciem braterstwa, którego fundament silloniści umiejscawiają w umiłowaniu wspólnych interesów. Z drugiej zaś strony wszystkie filozofie i religie widzą go w prostym pojęciu ludzkości. Silloniści obejmują w ten sposób jednakową miłością i taką samą tolerancją wszystkich ludzi wraz ze wszystkimi ich utrapieniami, zarówno duchowymi i moralnymi, jak materialnymi i doczesnymi. Tymczasem katolicka doktryna uczy nas, że podstawowy obowiązek miłości bliźniego nie polega na tolerancji mylnych (pomimo swojej szczerości) przekonań, ani też na teoretycznym czy praktycznym braku reakcji na błędy bądź wady, w których widzimy pogrążonych naszych braci. Obowiązek miłości bliźniego polega na poświęceniu się duchowemu i moralnemu doskonaleniu bliźnich oraz na gorliwym staraniu się o ich materialny dobrobyt. Ta sama doktryna katolicka poucza nas także, że źródło miłości bliźniego zawiera się w miłości Boga, wspólnego Ojca, który jest wspólnym celem całego rodzaju ludzkiego. A także w miłości Jezusa Chrystusa, którego współbraćmi jesteśmy do tego stopnia, że pomoc okazana jakiemuś nieszczęśnikowi jest dobrem wyświadczonym Jemu samemu. Każda inna miłość jest złudzeniem, bądź uczuciem daremnym i przemijającym. Oczywiście, ludzkie doświadczenie dowodzi, że w społeczeństwach pogańskich bądź świeckich wszystkich czasów, wzgląd na wspólne interesy czy też podobieństwo charakteru, bardzo mało znaczą wobec namiętności i pożądań serca. Nie, Czcigodni Bracia, nie ma braterstwa poza chrześcijańską miłością bliźniego! To ona z miłości do Boga i do Jego Syna Jezusa Chrystusa, naszego Zbawiciela, obejmuje wszystkich ludzi, aby ich wspomagać i wszystkich doprowadzić do tej samej wiary i do tej samej szczęśliwości w Niebie. Oddzieliwszy braterstwo od tak rozumianej miłości chrześcijańskiej, demokracja zamiast postępu stałaby się smutnym regresem cywilizacji. Jeżeli bowiem pragnie się osiągnąć (a My pragniemy tego z całego serca) możliwie największe szczęście dla społeczeństwa i dla każdego z jego członków poprzez braterstwo bądź – jak poza tym się głosi – przez ogólnoludzką solidarność, to potrzeba zjednoczenia dusz w prawdzie, jedności pragnień w moralności oraz zjednoczenia serc w miłości do Boga i do Jego Syna Jezusa Chrystusa. Jedność ta daje się zrealizować jedynie poprzez katolicką miłość bliźniego, która jedynie może poprowadzić narody w ich przybliżaniu się do ideału cywilizacji. (“Notre Charge Apostolique”. O błędach Sillonu, 1910)

O błędnej koncepcji godności ludzkiej

W końcu na podstawie wszystkich tych zafałszowanych fundamentalnych pojęć społecznych stawia Sillon nieprawdziwą koncepcję ludzkiej godności. Według niego człowiek stanie się naprawdę godnym swego miana dopiero wtedy, kiedy nabierze silnej, oświeconej, niezależnej i autonomicznej świadomości, mogącej obyć się bez mistrza, słuchającej jedynie samej siebie i zdolnej przyjąć oraz bez lekceważenia dźwigać największe odpowiedzialności. Oto wielkie słowa, za pomocą których gloryfikuje się uczucie ludzkiej pychy, podobne do zjawy wciągającej człowieka pozbawionego światła, przewodnika i pomocy, na drogę ułudy, gdzie oczekując na ów dzień pełnej świadomości, zostanie pochłonięty przez błąd i namiętności. Kiedyż ten wielki dzień nadejdzie? Może bez zmiany natury ludzkiej (która nie leży w mocy Sillonu) nie nadejdzie nigdy? Czy święci, którzy wynieśli ludzką godność do jej szczytu, posiadali tę właśnie godność? A maluczcy tej ziemi, którzy nie mogą zajść tak wysoko i zadowalają się skromnym wyorywaniem swej bruzdy, aż do miejsca, które wyznaczyła im Opatrzność, wypełniając swój obowiązek w pokorze, posłuszeństwie i chrześcijańskiej cierpliwości, czyżby oni nie byli godni miana ludzi, chociaż Pan Bóg pewnego dnia wybawi ich z nędznego położenia, by umieścić w niebie pośród książąt swojego ludu? (“Notre Charge Apostolique”. O błędach Sillonu, 1910)

O fałszowaniu osoby i działalności Jezusa Chrystusa

Pragniemy zwrócić Waszą uwagę, Czcigodni Bracia, na praktykowane w Sillonie, jak i gdzie indziej, zniekształcanie Ewangelii oraz świętej godności naszego Pana Jezusa Chrystusa, Boga i Człowieka. Gdy tylko przybliżamy się do kwestii społecznej, to w pewnych środowiskach obserwujemy sposób postępowania, polegający na tym, iż najpierw usuwa się boskość Jezusa Chrystusa, a następnie mówi się tylko o Jego nadzwyczajnej łagodności i o współczuciu dla wszelkich ludzkich niedoli, o Jego naglących zachętach do braterstwa i miłości bliźniego. Owszem, Jezus Chrystus pokochał nas miłością bezmierną i nieskończoną. Przyszedł na ziemię cierpieć i umrzeć, aby wszyscy ludzie, zjednoczeni wokół Niego w sprawiedliwości i miłości, ożywieni tymi samymi uczuciami wzajemnej miłości chrześcijańskiej, żyli w szczęściu i pokoju. Ale urzeczywistnienie doczesnego i wiecznego szczęścia uzależnił z najwyższą powagą od spełnienia pewnych warunków. Pragnął, żebyśmy stali się częścią Jego trzody, żebyśmy przyjęli Jego naukę i praktykowali cnotę, wreszcie żebyśmy pozwolili się nauczać i prowadzić Piotrowi oraz jego następcom. Następnie, jeśli Jezus był dobry dla błądzących i grzeszników, to jednak nie respektował ich błędnych przekonań, bez względu na to, jak wydawałyby się szczere. Umiłował wszystkich, aby ich nauczać, nawracać i zbawić. Przywoływał do siebie tych, którzy się smucą i cierpią, aby ich pocieszyć, a nie po to, aby wzbudzać w nich pożądanie utopijnej równości. Wywyższył maluczkich nie w tym celu, aby obudzić w nich poczucie godności niezależnej i buntującej się przeciwko posłuszeństwu. Jego serce było przepełnione wyrozumiałością dla dusz dobrej woli, ale potrafił uzbroić się w święty gniew przeciwko profanatorom Domu Bożego, przeciwko nikczemnikom gorszącym maluczkich, przeciwko władzom, które obarczają lud prawdziwymi brzemionami, nie zrobiwszy nic dla ulżenia jego doli. Był równie gwałtowny, jak łagodny. Beształ, groził i karał, wiedząc i ucząc nas, że bojaźń jest często początkiem mądrości i że niekiedy wypada odciąć jakiś członek, aby uratować całe ciało. W końcu nie obwieścił panowania doskonałej szczęśliwości w przyszłym społeczeństwie, w którym cierpienie zostałoby usunięte. Ale poprzez kazania i przykłady nakreślił drogę możliwego szczęścia na ziemi oraz doskonałej szczęśliwości w niebie – królewską drogę Krzyża. To właśnie jest nauka, którą niesłusznie chciałoby się odnieść wyłącznie do życia osobistego, mając na uwadze wieczne zbawienie. Jest to również nauka w najwyższym stopniu społeczna, która ukazuje nam w naszym Panu Jezusie Chrystusie kogoś innego, niż jałowy i pozbawiony autorytetu humanitaryzm. (“Notre Charge Apostolique”. O błędach Sillonu, 1910)

O pokoju bez Boga

Pragnienie pokoju z pewnością kryje się w każdym sercu i nie ma nikogo, kto by go gorąco nie wzywał. Ale pragnienie pokoju bez Boga jest absurdem, zważywszy na to, że tam, gdzie nie ma Boga, wygnana jest sprawiedliwość, a kiedy sprawiedliwość zostaje usunięta, próżno jest pielęgnować nadzieję na pokój. “Dziełem sprawiedliwości będzie pokój” (Iz 32,17). Wiemy doskonale, że jest wielu, którzy tęskniąc za pokojem, to znaczy za spokojnością porządku, łączą się w stowarzyszenia i stronnictwa, które nazywają się stronnictwami porządku. Ach, jakże próżne nadzieje i wysiłki! Jest tylko jedno stronnictwo porządku, które jest zdolne do przywrócenia pokoju pośród tego całego zamieszania, a jest nim stronnictwo tych, którzy trzymają z Bogiem. Dlatego właśnie to stronnictwo należy popierać i wprowadzać do niego jak najwięcej osób, jeżeli faktycznie jesteśmy przynaglani umiłowaniem pokoju. (“E Supremi Apostolatus”. O odnowieniu wszystkiego w Chrystusie, 1903)

O wymogach kapłaństwa

Mamy więc zastępować Chrystusa i w Jego duchu spełniać powierzone nam przez Niego posłannictwo. Ponieważ zaś przyjaciele prawdziwi tego samego pragną i tego samego nie chcą, więc powinniśmy, jako przyjaciele, to w sobie czuć, co w Chrystusie Jezusie (por. Flp 2, 5), który jest “święty, niewinny, niepokalany” (Hbr 7, 26): jako przez Niego posłani, mamy nakłaniać ludzi do wiary w Jego naukę i Zakon, ale pierwej musimy je zachowywać sami, a stawszy się uczestnikami Jego władzy, uwalniającej dusze od grzechów, powinniśmy jak najusilniej czuwać nad sobą, żebyśmy w nie sami nie wpadli. A przede wszystkim jako słudzy Jego, składający najprzedniejszą ofiarę która odnawia się ciągle mocą niespożytą, za życie świata, powinniśmy czynić to z takim usposobieniem, z jakim On złożył sam siebie na ołtarzu krzyża jako ofiarę niepokalaną Bogu. Bo jeżeli w epoce obrazów i figur tak wielkiej żądano od kapłanów świętości – jakiej trzeba żądać od nas, którzy samego ofiarujemy Chrystusa? “Od czegóż więc nie powinien być czystszym, kto taką spożywa ofiarę? Od któregoż promienia słonecznego nie powinna być jaśniejszą ręka, rozdzielająca to ciało? Usta, które zapełnia ogień duchowny, język, który rumieni krew, przejmującą zbyt wielką bojaźnią?” (Św. Jan Chryzostom, Hom. LXXXII, in Matth., n. 5.). Słusznie też upominał św. Karol Boromeusz duchowieństwo słowy: “Gdybyśmy pamiętali, najmilsi bracia, jak wielkim i czcigodnym jest, co Pan Bóg włożył w ręce nasze, jakże potężny wpływ wywierałaby na nas ta myśl, zachęcając nas do prowadzenia życia godnego duchownych! Czegóż nie złożył w ręce moje Bóg, kiedy złożył własnego Syna jednorodzonego, współwiecznego i równego sobie? W ręce moje złożył wszystkie swoje skarby, sakramenty i łaski; złożył dusze, od których nie ma on nic droższego, które więcej umiłował niż siebie, które krwią swoją odkupił; w ręce moje złożył niebo, żebym je mógł otwierać i zamykać innymJakże więc mógłbym do tego stopnia okazać się niewdzięcznym za taką łaskawość i miłość, żebym miał grzeszyć przeciwko Niemu? Żebym cześć Jego znieważał? Żebym plamił to ciało, które do Niego należy, tę godność, to życie, służbie Jego poświęcone?“. (“Haerent Animo”. O świętości kapłańskiej, 1908)

***

Z nie mniejszą czujnością i ścisłością należy badać i obierać tych, którzy mają przystąpić do święceń. Duch żądny nowości niech będzie daleko – jak najdalej od kapłaństwa: Bóg pysznych i upartych nienawidzi! (“Pascendi Dominici Gregis”. O zasadach modernistów, 1907)

O Kościele i państwie

Należy z całą mocą powtórzyć w tych czasach społecznej i intelektualnej anarchii, gdy każdy sam siebie ustanawia nauczycielem i prawodawcą – społeczeństwo nie będzie zbudowane inaczej niż Bóg to uczynił. Społeczeństwo nie będzie zbudowane, o ile Kościół nie położy fundamentów i nie będzie kierował budową. Nie. Cywilizacji nie trzeba powtórnie odkrywać, nie trzeba budować nowego społeczeństwa na obłokach. To zostało już dokonane. Jest nim chrześcijańska cywilizacja i katolickie społeczeństwo. Należy je tylko ustanawiać i bezustannie przywracać, w oparciu o naturalne i boskie podwaliny, przeciwko wciąż odradzającym się atakom niezdrowych utopii, buntów i bezbożności: omnia instaurare in Christo. (“Vehementer nos”. O rozdziale państwa od Kościoła, 1906)

***

Konieczność rozdziału państwa od Kościoła jest absolutnie fałszywą tezą, bardzo szkodliwym błędem. Oparcie się faktycznie o zasadę, że państwu nie wolno uznawać żadnego wyznania religijnego, jest przede wszystkim bardzo obraźliwe wobec Boga; gdyż Stwórca człowieka jest jednocześnie Założycielem ludzkich społeczności. To On podtrzymuje je w istnieniu, tak samo jak i nas podtrzymuje tutaj. Wobec tego winni mu jesteśmy nie tylko osobisty kult, ale również kult publiczny i społeczny. (“Vehementer nos”. O rozdziale państwa od Kościoła, 1906)

O modernistach i ich doktrynie

(“Pascendi Dominici Gregis”. O zasadach modernistów, 1907)

Wobec tego niepoznawalnego, czy ono jest na zewnątrz człowieka, poza światem widzialnym, czy też ono ukrywa się wewnątrz, w podświadomości, potrzeba bóstwa w duszy skłonnej do religii, bez żadnego poprzedniego aktu rozumowego – jak zapewnia fideizm – wywołuje pewne specjalne uczucie. To uczucie ma to do siebie, że zawiera w sobie samą rzeczywistość Boską już to jako przedmiot, już to jako przyczynę wewnętrzną i do pewnego stopnia łączy człowieka z Bogiem. To jest wedle modernistów wiara i w tak rozumianej wierze początek religii. (…) W powyższym bowiem uczuciu moderniści nie tylko upatrują wiarę, lecz twierdzą, że i objawienie ma swe miejsce przy wierze i w wierze samej, takiej, jak oni ją pojmują. Cóż bowiem w rzeczywistości pozostawia się objawieniu? Czyż może nie jest to objawieniem, a przynajmniej podstawą objawienia owo uczucie religijne, które się objawia w samouświadomieniu? Czyż nie jest objawieniem także ukazanie się duszom, jakkolwiek jeszcze niewyraźne, Boga w tym uczuciu religijnym? Dodają też, że skoro Bóg jednocześnie jest przedmiotem i przyczyną wiary, to objawienie jest zarówno od Boga, jak i przez Boga; to znaczy ma ono Boga zarówno jako objawiającego, oraz jako objawionego. Stąd też, Czcigodni Bracia, to najniedorzeczniejsze twierdzenie modernistów, jakoby każdą religię, zależnie od różnego względu, pod którym jest rozpatrywana, należy uznać jednocześnie i za naturalną i za nadnaturalną. Stąd pomieszanie przez nich znaczenia samowiedzy i objawienia. Stąd, wedle nich, prawo jakoby samoświadomość religijna okazywała się być zasadą ogólną, całkowicie na równi będącą z objawieniem, której ulegać mają wszyscy, nawet najwyższa w Kościele władza, kiedy naucza lub stanowi prawa w sprawie kultu i karności.

***

Tak więc, [mówią moderniści], uczucie religijne, które w sposób powyższy wytryskuje z ciemnych głębin podświadomości przez immanencję życiową, jest zarodkiem każdej religii jako też gruntem tego wszystkiego, cokolwiek było lub będzie w religii. To uczucie, z początku niewyraźne i bezkształtne, powoli rozwinęło się pod wpływem onej tajemniczej przyczyny, od której ma początek, i równocześnie z postępem życia ludzkiego, którego, jak powiedziano, przedstawia niejako formę. Tak powstały wszystkie religie, nawet nadprzyrodzona: są one, mianowicie, prostym wypływem onego uczucia religijnego. Niech się nikt nie spodziewa, żeby dla religii katolickiej miał tu być wyjątek; stawia się ją na równi ze wszystkimi innymi. Jej kolebką była samoświadomość Chrystusa, męża o najbardziej wybranym charakterze, któremu nie było i nie będzie nigdy równego: tu się ona zrodziła, nie z żadnej innej podstawy, lecz jedynie z immanencji życiowej.

Podziw ogarnia człowieka, zaiste, wobec takiej czelności w twierdzeniu, takiej łatwości w bluźnieniu. A jednakże, Czcigodni Bracia, nie sami tylko niedowiarkowie wygłaszają takie okropności: ludzie katoliccy, owszem nawet kapłani, i to liczni, wypowiadali to szumnie; a jednocześnie pochlebiają sobie, że za pomocą takich niedorzeczności odnawiają Kościół! Idzie tu już nie o błąd dawniejszy, który przyznawał ludzkiej naturze pewne niejako prawo do porządku nadprzyrodzonego. Posunięto się dalej: w człowieku Chrystusie, tak samo, jak i w nas, nasza święta wiara nie jest niczym innym jeno własnym, samorzutnym wytworem przyrodzenia. Czy może być, zaprawdę, coś skuteczniejszego do obalenia wszelkiego porządku nadprzyrodzonego? Dlatego też z największą słusznością postanowił Sobór Watykański: “Gdyby kto rzekł, że człowiek nie może być działaniem Boskim podniesiony do poznania i udoskonalenia, które sięgają ponad stan natury, lecz że on raczej z siebie samego wytrwałym postępem może i powinien w końcu dojść do osiągnięcia całej prawdy i dobra, niech będzie potępiony” (Konstytucja dogmatyczna o wierze katolickiej “Dei Filius”, O Objawieniu, kan. III).

***

Teoria o doświadczeniu religijnym, połączona z teorią symbolizmu, prowadzi do uznania wszelkiej religii, nawet pogańskiej, za prawdziwą. Czyż bowiem w każdej innej religii nie spotykamy tego rodzaju doświadczeń? Wielu się na to zgadza. A jeśli tak, to jakim prawem moderniści przeczą prawdziwości doświadczenia jakie znajdujemy np. w religii mahometańskiej; dlaczego prawdziwe doświadczenia mają być własnością jednych tylko katolików? I tu moderniści nie przeczą: jedni skrycie, inni otwarcie wyznają, że wszelkie religie są prawdziwe. Że inaczej myśleć nie można – to oczywista. Albowiem na jakiej podstawie mogą oni zarzucać tej lub owej religii fałsz, jeśli chcą zostać ze swoimi zasadami w zgodzie? Oto dlatego, że fałszywe jest albo uczucie religijne, albo forma przez umysł wytworzona. Otóż uczucie religijne jest zawsze jedno i to samo, choć niekiedy mniej lub więcej niedoskonałe; co zaś do formy, to aby była prawdziwą, wystarcza, iżby odpowiadała uczuciu religijnemu i człowiekowi wierzącemu bez względu na stopień jego umysłowego rozwoju. Co najwyżej, mogliby moderniści utrzymywać to jedno, że religia katolicka z pośród różnych religii ma więcej prawdy, gdyż jest żywotniejsza, i że zasługuje bardziej, niż inne, na miano chrześcijańskiej, gdyż lepiej odpowiada początkom chrystianizmu.

***

W rzeczy samej, przenoszą oni teorię doświadczenia do Tradycji, wskutek czego Tradycja taka, jakiej się Kościół dotychczas trzymał, obraca się w niwecz. Moderniści bowiem rozumieją pod nazwą Tradycji udzielanie innym jakiegoś pierwotnego doświadczenia w postaci opowiadania przez pośrednictwo form intelektualnych. Dlatego też przypisują tej formie oprócz przymiotu przedstawienia tzw. reprezentacyjnego, także pewną władzę sugestywną. Ta ostatnia służy do tego, by w wierzącym podnieść uczucie religijne, może już wygasłe, by odnowić i ułatwić powtórzenie dokonanego już przedtem doświadczenia, by dalej, w niewierzącym zrodzić uczucie religijne oraz dokonać doświadczenia. W ten sposób doświadczenie religijne szerzy się łatwo wśród narodów nie tylko współczesnych przez przepowiadanie, ale też i przyszłych, już to przez książki, już przez tradycję ustną.

To zaś komunikowanie doświadczenia niekiedy zapuszcza głębokie korzenie i żyje, czasami zaś natychmiast się starzeje i ginie. A żyć – to dowód prawdy dla modernistów, gdyż prawdę i życie uważają za jedno. Stąd znowu wnioskują: wszystkie religie, które trwają, są prawdziwe, bo nie żyłyby, gdyby nie były prawdziwymi.

***

Co się zaś tyczy Objawienia, a zwłaszcza dogmatu, moderniści nie głoszą nic nowego: doktryna podobna została już potępiona przez Syllabus Piusa IX tymi słowy: «Objawienie Boże jest niedoskonałe i stąd podlega nieustannemu i nieskończonemu rozwojowi, który odpowiada rozwojowi rozumu ludzkiego».

***

Moderniści usilnie dowodzą, co zresztą i z innych ich twierdzeń wynika, że dogmat nie tylko się może, ale powinien rozwijać i zmieniać. Albowiem jedną z podstawowych ich zasad jest tzw. immanentyzm życiowy, mianowicie to, że formy religijne, aby były istotnie religijnymi, a nie tylko spekulacją teologiczną, powinny być żywotne i powinny żyć życiem uczucia religijnego. To zaś nie w ten sposób należy rozumieć, jakoby te formy – o ile są li tylko tworem wyobraźni – wytworzone były dla wzniecenia uczucia religijnego, gdyż ich powstanie, liczba, nawet jakość niewiele tu znaczą; lecz w ten sposób, iż uczucie religijne, zmieniając je w miarę potrzeby, życiowo je sobie przyswaja. Mianowicie – innymi słowy – potrzeba, by serce przyjęło ową formę pierwotną i ją usankcjonowało; po czym, by praca pod kierunkiem tegoż serca stworzyła formy drugorzędne. Wynika stąd, że te formy, by się stały życiowymi, muszą koniecznie być zastosowane w sposób stały tak do wiary samej, jak i do wierzących. Przeto, jeśliby z jakiejkolwiek przyczyny ustało to przystosowanie, musiałyby formy utracić swoją treść pierwotną i uległyby zmianie. Ponieważ, dalej, charakter owych form dogmatycznych jest tak niestały i chwiejny, nic dziwnego, że moderniści nie przywiązują do nich wielkiej wagi; przeciwnie zaś, o niczym tak nie mówią i nic tak nie wynoszą, jak uczucie religijne i życie religijne. Stąd zuchwale zarzucają Kościołowi, że wszedł na błędną drogę, że nie umie odróżnić religijnej i moralnej siły dogmatu od jego zewnętrznej formy; że dalej, trzymając się uparcie i bezmyślnie czczych formułek, samą wiarę naraża na zgubę.

Ślepi zaiste i ślepych wodzowie – nadęci zarozumiałą wiedzą, doszli oni do tej przewrotności, iż z gruntu wywracają niezmienne określenie prawdy, oraz samą treść religii, tworzą natomiast system, “w którym – wiedzeni zarozumiałą i przewrotną żądzą nowości, nie szukają prawdy tam, gdzie ona istotnie się znajduje, ale, odrzuciwszy świętą i apostolską Tradycję, chwytają się innych próżnych, beznadziejnych, niepewnych nauk którymi oni – sami próżni – usiłują obronić i osłonić prawdę” (Grzegorz XVI, “Singulari nos”).

***

Taką jest, Czcigodni Bracia, teoria, jaką jest praktyka modernistów; i jedna i druga głosi, że nie ma w Kościele nic trwałego, nic co by było niezmiennym. W poglądzie tym wyprzedzili ich jednakże ci, o których już poprzednik Nasz Pius IX pisał: «Owi wrogowie Objawienia Bożego najwyższymi pochwałami obsypują postęp ludzki, usiłując z zuchwalstwem iście świętokradzkim, wprowadzić go do religii katolickiej, jak gdyby ta nie była dziełem Bożym, ale ludzkim, wynalazkiem filozoficznym podlegającym doskonaleniu».

***

[Według modernistów] kiedyś umiano podporządkować sprawy doczesne sprawom duchowym; rozprawiano o sprawach mieszanych, w których Kościół występował jako pan wszechwładny; mniemano bowiem, że Kościół został ustanowiony bezpośrednio przez Boga, twórcę porządku nadprzyrodzonego. Ale teorię taką odrzuca zarówno dzisiejsza filozofia, jak i wiedza historyczna. A zatem koniecznym jest rozdział Kościoła od państwa, oddzielenie katolika od obywatela. Stąd każdy katolik, będący zarazem obywatelem swego kraju, może i powinien pełnić to, co wedle jego przekonania przyczynia się do dobrobytu państwa – niezależnie od władz kościelnych, od ich rad i dążeń, bez względu na nakazy, bez względu nawet na upomnienia. Narzucanie obywatelowi takiej lub innej formy postępowania byłoby nadużywaniem władzy kościelnej, przeciw czemu należy się jak najusilniej bronić.

***

Co się tyczy Kościoła rządzącego, ten, zdaniem ich, winien być zreformowany od góry do dołu, zwłaszcza władza dyscyplinarna i dogmatyczna. Duch jego i forma winny się zastosować do stanu świadomości nowoczesnej, która jest dziś całkiem demokratyczną: a zatem i kler niższy, a nawet i laicy, niech wezmą udział w rządach Kościoła, a cała władza w ten sposób niech zostanie zdecentralizowaną. Podobnie zreformować ich zdaniem należy rzymskie kongregacje do prowadzenia spraw kościelnych, przede wszystkim zaś urząd Świętego Oficjum i Indeksu.

Również niechaj władze kościelne wycofają się z działalności politycznej i społecznej, trzymając się z dala poza organizacjami świeckimi, niechaj się jednak przystosują do nich i w ten sposób niech je przenikają swoim duchem.

***

Bezpośrednią i najbliższą przyczyną [modernizmu] jest, bez wątpienia, pewnego rodzaju wypaczenie umysłu. Z przyczyn dalszych wyróżniamy dwie: zbytnią ciekawość i pychę. Ciekawość w ogóle, gdy nie jest kierowana rozsądkiem, jest zdolna do wytworzenia niesłychanych błędów. To też nasz poprzednik Grzegorz XVI słusznie zaznaczał: “opłakiwania godnym jest widok, gdy widzi się do czego dochodzą brednie rozumu ludzkiego, skoro ktoś ulegnie nowatorstwu i, pomimo przestróg Apostoła, zapragnie więcej wiedzieć, aniżeli nam jest dane; gdy ufając sobie nadmiernie, mniema, że można znaleźć prawdę poza Kościołem Katolickim, w którym przecież znajduje się ona w całej swej niepokalanej czystości“.

***

Gdy tak od przyczyn natury moralnej przechodzimy do intelektualnych, widzimy, że pierwszą i najgłówniejszą jest tu ignorancja. Moderniści, którzy mienią się doktorami w Kościele naszym; którzy wynoszą pod niebiosa filozofię nowożytną i gardzą scholastyką, nie znając tej ostatniej, nie posiadając metod potrzebnych do rozwikłania trudności i wykrycia sofizmatów, sami wpadają w sidła fałszywych pozorów. Ze skojarzenia fałszywej filozofii z wiarą powstał ich system, przeładowany najokropniejszymi błędami.

***

A naprzód, co się tyczy studiów, życzymy sobie i polecamy usilnie, aby filozofia scholastyczna była podstawą studiów teologicznych. Oczywiście dalecy jesteśmy od tego, by jako wzór do naśladowania zalecać pokoleniom współczesnym to, co nieraz trąci zbytnią drobiazgowością w badaniu lub zbytnią łatwowiernością w podawaniu wywodów u mistrzów scholastyki, co nie odpowiada odkryciom czasów późniejszych lub pozbawione jest prawdopodobieństwa. Chodzi o to, że zalecając filozofię scholastyczną, mamy na myśli nie kogo innego tylko św. Tomasza z Akwinu i przez niego zostawioną nam filozofię. Oświadczamy zatem, że wszystko, co zostało w tym względzie postanowione przez Naszego poprzednika, pozostaje w całej swej mocy, a nadto, gdyby tego było potrzeba, postanawiamy na nowo, potwierdzamy i rozkazujemy, by to stało się dla wszystkich powszechnie obowiązującym. To też obowiązkiem biskupów jest przestrzegać powyższego rozkazu w seminariach, zwłaszcza jeśli on poszedł w zapomnienie. To samo dotyczy także przełożonych instytucji zakonnych. A profesorów szczególniej upominamy, aby pamiętali, że wszelkie pomijanie św. Tomasza przy studiach, zwłaszcza w kwestiach metafizycznych, przynosi poważny uszczerbek.

O tzw. liberalnych katolikach

Poprzez przebiegłość i zakłamanie perfidnego liberalnego katolicyzmu, który z trudem utrzymując się na granicy potępionego błędu, usiłuje się zachowywać pozory systemu przestrzegającego najczystszej doktryny. Ksiądz ma za zadanie wykryć te przewrotne knowania. Liberalni katolicy są wilkami odzianymi w owcze skóry. Będą was nazywali papistami, klerykałami, nieprzejednanymi wstecznikami; miejcie to sobie za honor! (“La Contre-Réforme catholique”, nr 237, listopad 1987, s. 5)

Podkreślenia własne.

Materiały:

Źyciorys św. Piusa X

Św. Pius X i epidemia

Encyklika E Supremi Apostolatus. O odnowieniu wszystkiego w Chrystusie, 1903

Encyklika Acerbo Nimis. O wykładzie nauki chrześcijańskiej, 1905

Encyklika Vehementer nos. O rozdziale państwa od Kościoła, 1906

Encyklika Pascendi Dominici Gregis. O zasadach modernistów, 1907

Encyklika Haerent Animo. O świętości kapłańskiej, 1908

Encyklika Notre Charge Apostolique. O błędach Sillonu, 1910

Prof. Jacek Bartyzel o ruchu Sillon